Naraz, istny kataklizm! Niemcy, ci nieszczęśliwi Niemcy zapowiedzieli zawieszenie wypłat... wierzycielom prywatnym, jako powaleni na łopatki przez ssawki kontrybucji wojennych...
Wszczął się alarm nad alarmami. Bierz licho zobowiązania pośrednie względem Stanów Zjednoczonych!
Prezydent Hoover niebo i ziemię poruszył gorącym wezwaniem ku ratowaniu Niemiec przed ruiną, przed katastrofą, przed rewolucją, przed komunizmem, przed anarchią...
Ameryka prolongowała długi europejskie, byle Niemców ocalić... byle chronić miliardy, tymże Niemcom pożyczone przez amerykańskich bankierów! I Ameryka, ta ceniąca nade wszystko swoją „splendid isolation”, zagadała raptem o odrzuconym, niepodpisanym Traktacie Wersalskim, zagadała o jego rewizji, bo Niemcy gotowi by skrzywdzić nababów amerykańskich, bo należy coś na ich uspokojenie, aby płacili, aby uwięzione fundusze można wycofać...
Zresztą problematów zatrzęsienie.
Sześć milionów ludzi bez zajęcia, sześć „oficjalnych” milionów bez jutra, a obok osiemnaście milionów żon, matek, sióstr, dziatek i starców wydanych na poniewierkę razem z nimi.
Zjedli, spieniężyli, zmarnowali wszystko, a resztę zabrały bank i banczki.
Tysiąc banków i banczków, tych najcichszych, ciułających krwawicę zarobkową, mieszczańsko-farmerskie fundusiki, trzasło, zagrzebało w swych gruzach resztki zaopatrzenia na czarną godzinę.
Co czynić, jak zaradzić klęsce?
Więc odezwy płomienne do społeczeństwa, do tego głównie, które nic nie posiada, więc sposoby. Pracującym zmniejszyć godziny pracy, a na te zmniejszone godziny wziąć bezrobotnych. Niechże sprawiedliwsze będzie zarobkowanie. Ująć i dać. Obciąć płace, oszczędzać. Budować gmachy publiczne. Przedsiębiorcy, ci najtańsi, chwycą za maszyny... Z kobietami się rozprawić, bo i kobiet wina, niezawodna wina.