I Stany Zjednoczone, zaprzęgając do działania antropologię, etnograficzne studia, fizjologię, higienę z całą medycyną pospołu, operując kolumnami cudactw statystycznych, walcząc księgami Hioba i Psalmami Dawida, otoczyły się nie tylko bastionami i zaworami, ale uciekają się do środków, które by rodowitych Amerykanów doprowadziły do furii, gdyby kraje europejskie chciały im płacić pięknym za nadobne.
Minęły bezpowrotnie czasy, gdy do Ameryki jechało się bez świstka papieru. Dzisiaj Stany Zjednoczone poszły na kraniec, którego nie sięgnęły nawet żandarmskie przepisy rosyjskich mocarzów.
Tak zwana kwota wyznaczana na każdy poszczególny kraj z góry i od razu ustanawia liczbę dozwolonych przyjazdów imigranckich. Ta kwota niby to odpowiada aliażowi ludności, niby procentowo stosuje się do pochodzenia współczesnych Amerykanów. Dokładnie jest to jeden więcej sposób załatwienia drażliwej kwestii. Ile że według widzimisię można brać przynależność państwową za narodowość albo odwrotnie. Polaka mieć za Niemca czy Austriaka lub Niemca, poddanego rosyjskiego, za Niemca tylko.
W roku 1930 na 241 700 dopuszczonych do Ameryki imigrantów Niemców przybyło 34 415 — Anglików 34 960, Irlandczyków 34 947, Szkotów 28 117, Walijczyków 2 043, Holendrów 4 713, Skandynawów 8 478 — Żydów 11 526 — czyli razem 159 199 imigrantów wyliczonych tutaj narodowości, pozostawiając 82 501 wszelkim innym ludom na świecie.
Jak wynika z tego zestawienia, Stany Zjednoczone zapewniły bezwzględną przewagę językowi angielskiemu i rasie anglo-germańskiej. Irlandczycy w tym wypadku, jako naród zanglizowany, obyczajowo i językowo wynarodowiony, pomimo odzyskanej niepodległości, korzystają z tych samych przywilejów co element niemiecki i żydowski, tak skwapliwie lgnące do zewnętrznej amerykanizacji.
Bardzo ciekawym szczegółem jest owo dzielenie mieszkańców wysp brytyjskich nie tylko na Anglików i Irlandczyków, ale i na Szkotów, i na Walijczyków, może dla lekkiego zamaskowania, że te cztery kategorie dają wyspiarzom angielskim prawo do 100 067 emigrantów rocznie.
Poza Anglo-germanami wszystkie inne narodowości zostały uznane za korzystną, a może nieodzowną domieszkę, w takich przecież ilościach, aby domieszka była z góry skazana na rozpłynięcie się w angielskiej zaprawie.
Do wszystkich zresztą kandydatów na emigrantów zastosowano regulaminy skrajne, mające rzekomo wyeliminować spośród nich wszelkie fizyczne i duchowe ułomności.
Władze konsularne amerykańskie starają się niejako obrzydzić emigrantowi Ziemię Washingtona, dręczą go wymaganymi dokumentami, świadectwami, brakują w gabinetach lekarskich, niby trzodę przed dobiciem targu, wreszcie poddają manipulacjom odkażania, odwłosiania, niszczenia europejskich zarazków i dopiero tak sprawiony kawałek ścierwa ludzkiego, niby to już przedniego gatunku, zaopatrzony nawet w rezultaty sławetnego „mental hability test”, wysyłają do Nowego Jorku, na Ellis Island, jako materiał na przyszłego obywatela.
Lecz nie tylko emigrantów, ale i zwykłych turystów, podróżujących w kabinach luksusowych, władze amerykańskie poddają ochronnym manipulacjom. Jej najwspanialszym wyrazem są tasiemcowe kwestionariusze doręczane podróżnym na dzień przed wylądowaniem. Kwestionariusze te wypełniają dziesiątki znaków zapytania dotyczących najdyskretniejszych szczegółów, niekiedy tak dziwne, tak z pozoru naiwne, że pobłażliwy uśmiech budzące.