I zapadł oczywiście wyrok sprawiedliwy.

Anglosasi, trzęsący posadami Stanów Zjednoczonych, za takich nadludzi mogli i musieli poczytać jedynie Anglosasów...

A zresztą, rzucone w roku 1823 przez Monroego hasło „Ameryka dla Amerykanów”, hasło, wymierzone przeciwko zachłanności Świętego Przymierza wszecheuropejskich cesarzy, którzy na ziemiach amerykańskich zamierzali szukać folwarków dla europejskich królewiąt — zostało powoli przekute na broń przeciwko nowym przybyszom.

Ameryka dla Amerykanów.

Dla których Amerykanów, dla jakich i która mianowicie Ameryka?

Na te zapytania można by w odpowiedzi napisać całą księgę i jeszcze nie przekonać prawdziwego Amerykanina, że do zasady Monroego takie same prawa może rościć Murzyn, Metys, Portugalczyk brazylijski, meksykański Hiszpan, jak i obywatel Stanów Zjednoczonych.

Ameryka dla Amerykanów to znaczy dokładnie Ameryka dla tych, którzy pierwsi do ziemi amerykańskiej przybyli.

W roku 1907 imigracja do Stanów Zjednoczonych sięgnęła szczytu, doszła do 1 285 349 tułaczów płci obojga. Jeszcze w roku 1914 wylądowało 1 218 480 przybyszów, a dalej liczby kurczą się, próbują dźwigać sporadycznie, lecz aby spadać coraz gwałtowniej, zbliżać się do całkowitej równowagi wyjazdów z przyjazdami, wreszcie dojść do wyrzucania imigrantów siłą z granic tak niegdyś gościnnej ziemi.

Do roku 1820 Stany Zjednoczone liczyły dziewięć i pół miliona mieszkańców. Od tegoż roku 1820 do 1930 włącznie przyjechało do Stanów Zjednoczonych czterdzieści siedem i pół miliona imigrantów, nie licząc tych oczywiście, którzy ominęli kontrole portowe i dostali się przez Kanadę lub Meksyk.

Statystyka roku 1931 wykazuje, że Stany Zjednoczone posiadają sto dwadzieścia cztery miliony ludności, no i pośrednio ta statystyka kładzie kres dalszej imigracji, twierdząc, że te sto dwadzieścia cztery miliony wystarczają całkowicie na zaludnienie potężnej ojczyzny, że Amerykanie nie potrzebują i nie mogą się dzielić swoją własnością z zaoceanowym włóczęgostwem.