Lecz krom39 tych wszystkich utrudnień wjazdowych, emigrant, nawet po osiedleniu się w Stanach Zjednoczonych, przekonywuje się niebawem, że w ogóle jest człowiekiem, któremu wolno bytować zaledwie na marginesie życia amerykańskiego, że jest „foreignerem”, skazanym na bardzo wiele dokuczliwych ograniczeń i zakazów.

Te ograniczenia i zakazy nie istnieją oczywiście w statutach rządu federalnego, ale w zamian podziewają się w prawach przeróżnych stanów i hulają tam od dziesiątków lat.

Ksenofobia w Ameryce sięga podobno nawet czasów Wojny o Niepodległość. Niechęć dawniej przybyłych do nowo przybyłych kwitła zawsze jako prastary sentyment stworzenia zaskoczonego przez inne stworzenie w chwili spokojnego ogryzania kości.

Gdy Amerykanin pełnej krwi legitymuje się z dumą w Europie pieczęciami Waszyngtonu, żądając dla siebie na podstawie traktatów całkowitej wzajemności jako dla obywatela zaprzyjaźnionego mocarstwa, to nawet na myśl mu nie przyjdzie, że gdyby, na przykład, Francja chciała mu się odwzajemnić, to na bolesne wystawiłaby go upokorzenie.

W Ameryce bowiem są stany, w których cudzoziemcowi nie wolno mieć broni, są stany, w których nie wolno mu polować, są stany, w których nie wolno mu łowić ryb, są stany, w których nie wolno mu trzymać psa, są stany, w których nie wolno mu być posiadaczem znaczniejszej własności ziemskiej, są stany, które ograniczają cudzoziemca w swobodzie handlu. Krom tych ograniczeń przeróżnych, tułających się nad brzegami Susquehenny, Missisipi czy Potomacu, już po wszystkich bez wyjątku stanach wałęsa się pasja ludzka, która cudzoziemca stawia poza prawem, która przy najlżejszym zatargu z władzami grozi mu brutalnym wyrzuceniem za ocean. A dopieroż kiedy idzie o zdobycie pracy, o kawałek chleba, toć są instytucje, są społeczne organizacje, są gminy całe, które nie dadzą pracy człekowi nieposiadającemu amerykańskiego obywatelstwa.

Dokoła wozu miejskiego zbierającego śmieci czterech biało ubranych gentlemanów z powagą i godnością operuje miotłami. Toć dygnitarze, miejscy urzędnicy, siedzący na „politycznych” stanowiskach, toć „city job40” tylko dla obywateli amerykańskich dostępny!

Jedyną ucieczką dla emigranta w Ameryce są jego narodowe getta, do nich stara się dotrzeć co prędzej, między nie zapaść, ukryć się niejako tam, kędy bytują jego rodacy. Gdy przecież z tych zapadlisk chce na szerszy świat wyjrzeć, tam już staje przed problematem przyjęcia obywatelstwa amerykańskiego.

Władze amerykańskie mają swój własny i odmienny pogląd na kwestię naturalizacji.

Same zabiegają o to, aby ją przyśpieszyć, aby skłonić cudzoziemców do przyjęcia obywatelstwa. W tym celu prowadzą bezpłatne kursy wieczorne języka angielskiego, amerykańskiego ustroju państwowego, agitują, wystawiają korzyści takiego kroku, zachęcają nagłą zniżką wymaganych opłat, a pośrednio straszą represjami.

Są w Ameryce poważne zrzeszenia, które sobie za punkt honoru uważają, aby co roku legitymować się zjednaniem tylu i tylu neofitów gwiaździstego sztandaru.