Podczas gdy w wielu krajach europejskich osiągnięcie obywatelstwa jest możliwe dopiero po wielu zabiegach, jest niejako zaszczytem, jest rezultatem bardzo długich starań — w Stanach Zjednoczonych pasowanie na obywatela zakrawa na przysięgę spędzonego z całego kraju rekruta.

Kilkudziesięciu, stu i więcej kandydatów święci ceremonię naturalizacji, niekiedy przy nie lada fecie, sprawianej przez jakowąś prywatną inicjatywę, zajmującą się napędzaniem Wujowi Samowi przybranej dziatwy.

Z tego masowego przyjmowania nowych obywateli w Stanach Zjednoczonych zrodziło się całe, i to olbrzymie, mrowie ludzi hołdujących zasadzie podwójnej przynależności państwowej.

W Ameryce każdy się legitymuje i musi legitymować równocześnie „starym krajem”. Nawet stuprocentowi Amerykanie, rzekomi potomkowie historycznych „pielgrzymów”, uważają za konieczne stwierdzanie co kroku swego szkockiego, angielskiego czy holenderskiego pochodzenia, które to pochodzenie bardzo często rozstrzyga całkowicie o stopniu amerykańskiego dostojeństwa.

Stany Zjednoczone hołdują w pewnej mierze szlachetnemu ideałowi równości, po dziś dzień jednak gwałcą brutalnie swe własne normy prawne i równość przekuwają na przywilej pewnych ograniczonych warstw.

Amerykanin Amerykaninowi nierówny. Nie dlatego, że jeden bogaty, a drugi ubogi, jeden pracowity, a drugi leniwy, jeden światły, drugi nieuk, jeden silny, drugi wątły, jeden zdrowy, drugi chorowity, lecz Amerykanin Amerykaninowi nierówny dlatego, że jeden wyprowadza się41 z panującej, trzymającej w garści władzę sfery, a drugi z cichego, bezwładnego społeczeństwa.

Amerykanin Amerykaninowi nierówny, gdyż ten jest potomkiem europejskiego włóczęgi, który się tu zjawił przed stu pięćdziesięciu laty, a drugi jest sam włóczęgą może, który był tu zjechał42 przed laty trzydziestu zaledwie.

Amerykanin Amerykaninowi nierówny, bo oto Angliczek, który zaledwie trzeci rok przestał być poddanym jego królewskiej mości — ale przecież jego na wierzchu wobec afrykańskiego bydła poniewierającego się na Ziemi Washingtona od lat czterystu.

Amerykanin Amerykaninowi nierówny, boć nie tylko odmienne wartości „starych krajów”, odmienne religie, tradycje, ale i różnice koloru skóry, bodaj różnice kości policzkowych, kierunku orbit ocznych, linii czaszek, no i różnice wynikające z prastarych europejskich krzywd, odziedziczonych europejskich złości i nienawiści.

Ta nierówność obywatelska, mówiąc bez ogródek, wynika z trzech zasadniczych przyczyn. A mianowicie, że Ameryka chce być tylko... białą, chce być anglosaską i chce być angielską.