Amerykanin zamienia się powoli w zmodernizowanego czy zdemokratyzowanego Anglika.

Z Anglii wywodzi swój ród, swoje upodobania, swoje sekciarstwo, swoje tradycje, prawodawstwo czerpie z praw obyczajowych angielskich, umysł urabia na angielskich klasykach, naukę, sztukę angielską poczytuje niemal za własną. Amerykaninowi imponuje angielski styl, angielski sznyt i angielski król. Marzeniem zbogaconego53 Amerykanina jest wyjazd do Londynu i prezentacja u dworu.

Anglia czuwa nad amerykanizacją od podręcznika szkolnego, który w sposób niekiedy uwłaczający cieniom wielkiego Washingtona stara się dzisiaj łagodzić, osładzać gorycze wojny o niepodległość, wojny z Anglią, przekuwać prastary a sprawiedliwy antagonizm na, w krwi skąpane, braterstwo. Od podręcznika szkolnego aż do szczegółów dotyczących guziczków z perłowej masy, opinających zwiotczałą powłokę sławnego księcia Welschów, wszystko ciągle i co dnia szczepi anglizację nawet wówczas, gdy ku amerykanizacji zmierza.

Stany Zjednoczone pragną jednolitości, jednolitości, opartej na żywiole anglosaskim, czego im za złe poczytywać się nie godzi.

Lecz to pragnienie ma jeszcze bardzo wiele przeszkód do zwalczenia.

A jedną z tych głównych przeszkód jest bodaj ten dobry, szczery duch, podziewający się w Stanach Zjednoczonych, a będący upostaciowaniem tego, co Europa wyobraziła sobie pod mianem „prawdziwego” Amerykanina, syna wolnej ziemi, człeka o dalekim, a dobrym spojrzeniu, stanowiącego54 obowiązek ponad własną korzyść, a sumienie ponad własny zysk.

Owóż ten dobry duch sroma55 się anglizacji, rozumie, że każdy przybysz może z tworzywa swego własnego narodu złożyć Ameryce daninę, że z tej daniny ludów wszelakich narodzi się rasa niezmiernie silna, obdarzona wyjątkowymi zdolnościami, o niezwykłym napięciu energii.

Jakoż, rozglądając się w potędze życia organizacyjnego Ameryki, można się dzisiaj już zgodzić, że Stany Zjednoczone dźwignęły się jedynie dzięki tej różnorodności ludów, dzięki temu awanturniczemu napięciu mózgów i mięśni, dzięki zapamiętałości tych zgłodniałych, szukających chleba nawarstwień.

Nawarstwienia te przecież, jakżeśmy to wyżej nadmienili, zachowały bardzo silną indywidualność.

W Ameryce ludy żyją własnymi osiedlami, pokrytymi lekkim pokostem zewnętrznej jednolitości.