O tych „przykrościach” głośno się nie mówi. Prawa stanowe i prawa federalne w tego rodzaju sprawy nie wchodzą.

Mrowie więc emigranckie tworzy getta, tworzy w miastach różnonarodowe miasteczka, a jeżeli wypływa na szersze wody, to po większej części w przebraniu zmienionych nazwisk i w maskaradzie angielskiej obyczajowości.

Nazwisko polskie, węgierskie, włoskie nawet bywa klęską w Ameryce, kłopotem, okazją do drwin. Wówczas człek spod Kalisza, nazywający się nieco dziwacznie, bo, przypuśćmy, „Ogórek”, bije na łeb każdego z prostej linii Chrobrowicza... Ponieważ imci pan Ogórek oddziela sobie pierwsze „O” apostrofem i robi się czystej krwi Irlandczykiem panem O’Gorek. W tym samym stylu jakiś poczciwy Krzysztofowicz spod Wilna zaczyna tracić przekonanie do swych antenatów i przekuwa się w ostatku na jakiegoś Mayera czy Neumanna.

Jeżeli wszakże dawniej przybyli do Stanów Zjednoczonych mogą mieć poważną słuszność do chełpienia się swą wyższością w stosunku do różnojęzycznych fal, które tutaj wysypywały element często najuboższy, najmniej kulturalny, szukający najprymitywniejszych zarobków, o tyle taki sam stosunek wobec ludów, które Stanom Zjednoczonym oddały olbrzymie usługi i przyczyniły się do rozkwitu Ziemi Washingtona, jest godnym potępienia.

Weźmy dla przykładu choćby tylko Włochów.

Włosi dali Ameryce gromady pierwszorzędnych artystów, dźwignęli monumentalne budowle, ozdobili większość gmachów publicznych, byli krzewicielami murarstwa, cemenciarstwa, robienia mozaik, inkrustacji; byli tymi, którzy w Ameryce rozpoczęli hodowlę drzew pomarańczowych, uprawę winogron, byli organizatorami handlu owocami i warzywem. Do dnia dzisiejszego są tego handlu ostoją w każdym najmniejszym miasteczku amerykańskim. Włosi stanowili zawsze w Stanach Zjednoczonych element bardzo oszczędny, element doskonale orientujący się w amerykańskich finansach, element, który był zdołał51 wytworzyć w Ameryce sieć bardzo potężnych i uczciwych banków włoskich.

Owóż ten element zaliczony jest z urzędu do obywatelstwa drugiej klasy, a nawet do tych, którzy na szarym końcu tej drugiej klasy chodzą, bo tylko do „Italianów”, tylko do rodaków Krzysztofa Kolumba i Amerigo Vespucciego...

Dążeniem ideologii amerykańskiej jest wytworzenie z mieszaniny emigranckiej jakiegoś niezmiernie silnego aliażu52, chęć stopienia w onym, wypominanym ciągle „tyglu” wszelkich zbyt jaskrawych indywidualności i zaprawienia owego stopu tęgim, zawiesistym sosem amerykańskim.

Zamiar słuszny, lecz w praktyce amerykanizację utożsamiający z anglizacją.

Wielka Brytania od dłuższego czasu coraz pieściwiej, coraz rzewniej spogląda ku dawnym swym koloniom, ku owym buntownikom, którzy dostojeństwo poddaństwa królewskiego, sztandar „starego Dżaka” zamienili na „upstrzony w jednym rogu gwiazdami, pasiasty, czerwony pokrowiec siennika”... I Wielka Brytania rozwinęła szaloną propagandę, aby „kraju tego samego języka” spod swego wpływu nie wypuścić, aby ten wpływ na wieki wieków ugruntować.