Natomiast te świątynie z wielkim zapałem psują interesy klubom, salom do tańca i dziwowiskom. I nie tylko przez samo zmuszanie ich do niedzielnego milczenia.
U baptystów na rogu, po pięknym wykładzie o aeroplanach, kawa z prawdziwymi, amerykańskimi „pajami” (ciasto przekładane paćką owocową). We środę, o dwie ulice, u metodystów obiad za jednego „kwodra”, jakby w Polsce za złotówkę. Obiad niesłychany: kurczęta, szparagi, lody, mizeria, świeże selery i słynny amerykański „grevy”, sos generalny, zdolny nawet zardzewiałego forda nasmarować, wszystko naznaczone przez uprzejme parafianki i przez też parafianki, przy odpowiedniej strawie duchowej, przy rozstawionych stołach podawane.
Prezbiterianie zapowiadają świetny kinematograf — ale bądźmy sprawiedliwi i bezstronni — prawdziwa parafia katolicka w suterenach pod kościołem urządza sobie loteryjkę i partię bridge’a! Chociaż nie wiadomo, czy się te zamierzenia powiodą, gdyż schizmatycy w pobliżu, w sali nad cerkwią wyprawiają bal, sprowadziwszy osławioną76 murzyńską orkiestrę.
Duchowieństwo w Ameryce nie ma żadnej łączności z aktami stanu cywilnego. Śmierć czy przyjście na świat nowego obywatela rejestruje automatycznie dany urząd gminny. Tenże urząd wydaje zezwolenia na ślub, ślubu udziela urzędnik cywilny respective77 spisuje odpowiedni akt, a dopiero na zasadzie tak zwanego „license’u” (pozwolenia), duchowny dokonywuje ceremoniału religijnego, o ile to zgadza się z życzeniem nowożeńców.
Ślub cywilny wystarcza zawsze. Ślub kościelny jest dobrowolnym uświęceniem pierwszego. Toż samo dotyczy prawa rozwodowego. Rozwód i separacja musi być przeprowadzona obowiązkowo przez sąd cywilny, a dalej może być równorzędnie zdecydowana przez odnośny konsystorz78, o ile rozwodzący się chce być w porządku już nie tylko z prawem amerykańskim, lecz i ze swą własną religią.
Duchowieństwo w Ameryce nie bierze oficjalnie żadnego udziału w uroczystościach państwowych. O ile ceremonię religijną, nabożeństwo solenne łączy z jakowymś obchodem, ma to zawsze charakter prywatny, ile że nie ma wyznania panującego. Wprawdzie na 130 milionów mieszkańców 85 milionów hołduje protestantyzmowi lub protestanckiej bezwyznaniowości, ta potężna jednak gromada, jak było powiedziane, jest w sobie podzielona, rozbita zarazkiem przeciwieństw sekciarskich.
Religia prezydenta jest jego własną tylko religią osobistą.
Prezydent Stanów Zjednoczonych jaśnieje przykładem dobrego parafianina. Wilson uczęszcza do kościoła prezbiteriańskiego, Grand do metodystów, Taft do unitarian, Harding do baptystów, Hoover do kwakrów, Roosevelt do luteranów holenderskich, a Washington do kościoła anglikańskiego. I nikomu nie przeszkadza nawet, że prezydent Coolidge jest kongregacjonalistą, a Garfield członkiem związku Uczniów Chrystusa.
Najsilniejszą grupą wyznaniową Stanów Zjednoczonych jest kościół rzymskokatolicki, liczący, według statystyki z roku 1930, przeszło dwadzieścia milionów wiernych i 26 925 (wyraźnie: dwadzieścia sześć tysięcy dziewięćset dwadzieścia pięć) kościołów i kaplic.
Dzięki dyktatorskiej hierarchii i wielkiej swej czujności, kościół rzymskokatolicki w Stanach Zjednoczonych, w stosunku do innych wyznań, wyrasta na nie lada potęgę.