O ile niektóre wyznania jak najsurowiej trzymają się dawnych formuł i obyczajów, o tyle drugie znów prześcigają się w nowatorstwie, w krzewieniu jakowychś nauk opartych na czystym rozumie, na chrześcijańskiej etyce, na nazbyt mglistych pojęciach o Bogu.

Najpierwszym zagadnieniem każdego poszczególnego wyznania jest kwestia bytu, kwestia utrzymania parafii. Następstwem tego jest przymus uciekania się niekiedy do środków mniej poważnych, mniej zawodnych, ale i nie zawsze przystojnych72.

Gdy nie pomagają ogłoszenia stałe w czasopismach, niewiele skutkują wywieszane na świątyniach zapowiedzi, znaki świetlne, gdy koncert muzyki religijnej nie ściąga wiernych, nie zaciekawia zwykły kaznodzieja, szuka się wyjątkowych mówców, zaprasza się do wygłaszania odczytów w świątyniach ludzi świeckich, ludzi niezwykłych. Bodajby popularnego cudaka sprowadzić, bodaj gwiazdę filmową namówić, byle tym z przeciwka krzykaczom adwentystom, badaczom Pisma Świętego czy pokutnikom z jaskini Daniela nie dać się zakasować. Bodaj, na modłę Armii Zbawienia, bandę73 dobrać i ruszyć na plac, łomocząc wrzaskliwego marsza, a choćby jazza uciąć, byle co najwięcej gapiów zgromadzić i pociągnąć ich za sobą na wypełnienie pustkowia Domu Bożego.

Dzień niedzielny jest dniem największej walki. Świątynie chrześcijańskie przez cały tydzień pogrążone są w Ameryce w pogodnym far niente74, dopiero sabat75 przejmuje je rozgwarem, a dzień niedzielny prawie zgiełkiem.

Niedziela w Ameryce nie jest dniem wypoczynku, lecz jedynie dniem Boga, dniem świątyni protestanckiej, dniem strażowanym zawzięcie przez prastare kwakierskie zakazy, sięgające XVII i XVIII wieku.

W dni niedzielne w Ameryce czuwa tak zwane „blue law” (niebieskie prawo). To prawo koloru niebieskiego zabrania w dni niedzielne pracy, handlu, zabawy, rozrywki, swawoli, zakazuje nazbyt rozgłośnej muzyki nawet w domu prywatnym, zamyka na dziesięć spustów galerie obrazów, muzea, biblioteki, teatry, kinematografy i w ogóle dąży do całkowitego unieruchomienia życia powszedniego.

Bardzo nieliczne stany, jak Nowy Jork i Maryland zdołały w pewnej mierze złagodzić te surowe przepisy. Dziewięćdziesiąt procent stanów amerykańskich trzyma się jednak ślepo „niebieskich praw”, posuwa je nawet do zakazu sprzedawania na dworcach kolejowych tytoniu, zamyka wszystkie restauracje i pośrednio zmusza człeka do uznania świątyni za to jedyne miejsce, kędy w dzień niedzielny spodziewać się może jakowegoś zaprzątnięcia myśli, zbliżenia do ludzkich gromad, rozerwania się widokiem idących lub powracających z nabożeństw.

Dnia świątecznego w Stanach Zjednoczonych nie należy łączyć z niedzielą. W dni świąteczne nie ma zakazów. Pierwszy dzień Bożego Narodzenia, Nowy Rok, o ile nie na niedzielę przypadają, są oddane na łaskę i niełaskę próżniactwa, pilności lub handlarskiego zmysłu. Piątek, dzień męki Chrystusa, którego imieniem Ameryka tak mocno się legitymuje, jest dniem tradycyjnych zabaw, nawet bale parafialne i bankiety odbywają się w piątki, boć to dzień ulubiony, lepszy niż sobotni, który przeciągającą się zabawą mógłby niedzielnemu nabożeństwu umniejszyć gromady. „Niebieskie prawo” zresztą policyjnym przepisem o godzinie dwunastej w nocy w sobotę zniewala do przerwania wszelkich uciech... Zaczyna się niedziela.

Od czasu do czasu zrywają się w Stanach Zjednoczonych społecznicy, usiłujący wykazać złe strony „niebieskiego prawa”. Tłumaczą, że człek pracy w dzień niedzielny nie może ucieszyć się godziwą rozrywką, że pozbawiony jest możności korzystania z kulturalnych instytucji, że nie może pozwolić sobie nawet na tak niewinną zabawę jak gra w piłkę, jak wyścigi piechurów, że wystarczyłoby przestrzeganie godzin rannych nabożeństw. Legislatury stanowe, a więc parlamenty poszczególnych republik, milczą, boją się potężnych kongregacji protestanckich, nie ważą się narażać tym, którzy tak decydujący wywierają wpływ na wybory.

Protestantyzm zaś w „prawach niebieskich” widzi dla siebie ostoję, rozumuje cynicznie, że przynajmniej widowiska i uciechy w dni niedzielnie nie mogą stawać do współzawodnictwa ze świątyniami...