Jedynym przywilejem, z jakiego korzystają związki wyznaniowe, jest uwolnienie własności kościelnej od podatków oraz prawo zezwalające na odliczanie przy obrachunku podatku dochodowego sum ofiarowanych na rzecz kościołów, jak i w ogóle sum ofiarowanych na rzecz dobra publicznego.
Duchowieństwo nie otrzymuje od rządu żadnych świadczeń, żadnych zapomóg na budowę kościołów, żadnych dotacji.
Władza amerykańska do religii się nie wtrąca. Idzie daleko dalej aniżeli nowoczesne prawo francuskie o rozdziale kościoła z państwem.
We Francji istnieje opieka rządowa nad świątynią jako gmachem użyteczności publicznej, jako zabytkiem sztuki, jako miejscem zabytki przechowującym. We Francji władza czuwa, aby dana świątynia pozostawała zawsze w rękach tych, którzy ją ku chwale swoich dogmatów dźwignęli.
W Ameryce nikogo te szczegóły nie obchodzą. Świątynia jest własnością tej lub innej kongregacji i tej kongregacji wolno robić, co jej się żywnie podoba. Władza się do wewnętrznej gospodarki parafii nie miesza, chyba gdyby nastręczała przymus rozpoczęcia postępowania karnego.
Wyznania w Ameryce żyją jedynie ze składek, z ofiar dobrowolnych czy z opłat za korzystanie z posług religijnych.
Lecz ponieważ mnogość wyznań religijnych, mówiąc bez ogródek, konkurencja tych wyznań, musi dążyć do zdobywania nowych adeptów, musi walczyć o zachowanie posiadanych już parafian, przeto owa walka o byt wytwarza niezrozumiałe dla Europejczyka dziwolągi, a obocześnie69 pcha rzesze ku coraz silniejszemu indyferentyzmowi religijnemu.
Świątynie amerykańskie, i to już bez różnicy wyznania, choć rzadziej mają charakter europejskich pomników architektury, w zamian imponują czystością wnętrz, dogodnym, higienicznym ich urządzeniem. Tworzą one nade wszystko widne, miłe audytoria, posiadające dla każdego wiernego wygodne miejsce w dostatniej, lśniącej ławce. Amerykanin na siedzący zwykł się z Panem Bogiem rozmawiać.
Świątynia każda jest ogrzewana; nie kataru, nie grypy człek pobożny przyszedł szukać, lecz duchowego pokarmu. Czasu zimowej pluchy nawet w świątyni panuje cisza, nie ma europejskiego akompaniamentu rozmaicie rozpętanych kaszlów i dychawic. Każdy siedzi, nikt nie klęczy. W świątyni katolickiej, bodaj czasu70 podniesienia71, wystarczy zeprzeć się na pulpicie ławki, aby napotkać wygodny na odpowiedniej wysokości podnóżek dla lekkiego zgięcia drażliwego kolana.
Zresztą panuje w świątyniach troska, aby nie znużyć słuchaczów, aby rozpraszać monotonię, aby ich zająć bądź jakimś wyjątkowo ciekawym tematem aktualnym, bądź popisem muzycznym, bądź schlebieniem domorosłemu talentowi przez zaprodukowanie go parafianom.