Lecz nawet przy tak uproszczonym systemie w Stanach Zjednoczonych powstał nie lada zamęt. Zabrakło jakby fantazji na tak olbrzymi kontynent. Wyczerpano bezkrytycznie nazwiska wszystkich wielkobrytyjskich miejscowości, przepisano bez mała całą europejską mapę i w ostatku nie zdołano nawet pohamować powtarzania jednych i tych samych ciągle nazwisk. Nafabrykowano tyle naraz Springfieldów, Frankfurtów, Greenvillów, Greenfieldów i różnorakich Warsaw, Kościuszko, Bismarck, Rom, Neapol, Paris, Richmond, Westfield, że w ostatku bez wymienienia stanu, w którym dane miasto się znajduje, niepodobna jest określić położenia miejscowości.
Praktyczność amerykańska wpadła tutaj na pomysł skrótów nazw poszczególnych stanów i stąd dla cudzoziemca powstaje niezrozumiały z początku galimatias monosylab, bez których niepodobna jest wymienić mniejszego nieco miasta. Na przykład taki Pittsburgh może być albo Pa. a może być Kan., czyli w Pensylwanii albo w Kansas — Columbus jest znów Ga., lecz może być również O., Neb, a nawet In. lub znów Kan., to znaczy, że Columbus jest w stanie Georgia, w stanie Ohio, w Nebraska, w Indiana i jeszcze w Kansas.
Nieco oryginalności w nazwach Ameryka ma do zawdzięczenia Hiszpanom, a po części Francuzom, oryginalności bardzo niekiedy niezwykłej, ile że impet anglosaski nazwę Des Moines wymawia sobie bez ceremonii jako „desmojnes”. Ale w ostateczności łatwiejsze to jest do zapamiętania, aniżeli wymawianie nazw, których, szczerze mówiąc, ani jedna blada twarz w Ameryce porządnie wymówić nie potrafi, a które są spadkiem po Irokezach, Apaszach, Siuksach, Komańczach i tym podobnych.
Olbrzymie skupiska i większe od nich pustkowia.
Dość się wyrwać z dygoczących południowym życiem ulic San Antonio, dość dwudziestu kilometrów na wschód czy na zachód, aby już wpaść między płaszczyzny, mizernym porastające krzewem, wystrzelające gdzieniegdzie suchymi ramionami kaktusów, aby już wydostać się między nietknięte ręką ludzką obszary. Parę kilometrów mostów na Missisipi i wiaduktów drewnianych ponad jej bagniskiem, aby dotrzeć do drogi wiodącej od strony Memphisu ku Little Rock, aby mieć przed sobą dwieście kilometrów bogatej, żyznej, a ledwie gdzieniegdzie uprawianej ziemi. Tak jest w Texasie, tak w Arkansas, jeszcze smutniej w Oklahoma, w Kansas, jeszcze puściej tam, kędy spiętrzyły się góry, kędy stwardniała czy bagnami rozmiękczona ziemia naturalne stawia człowiekowi przeszkody. Aleć gdzie i tych przeszkód nie ma, gdzie nawet najstarsza tradycja amerykańskiego podziewania, tam również pustkowie, tam również niekiedy jak okiem sięgnąć ani śladu życia ludzkiego.
Pusto, głucho jest za Richmondem w Virginii. Kiedy nawet jej czerwona glina przechodzi w słynny, śnieżny piasek Karoliny, to i tu dalej ziemi próżnującej bezliku. I więcej jeszcze takiej samej ziemi choć bogatej, choć soczystej w stanie Georgia. I jeszcze więcej w brodatym od lasów podniebnych Mainie, i jeszcze więcej, i coraz więcej w Alabamie, w Arizonie, w Dakotach, w bogatym Oregonie.
Tam, nad brzegami Sudersee, zdesperowany człowiek bierze się za bary z całym morzem, grodzi tamy, zabiega o każde ziarnko piasku, nie daruje byle mieliźnie, z dna morskiego rad by sobie przysporzyć gruntu pod nogami.
Tam, w Ameryce, nie tylko miejsca, ale i chleba, i bogactwa zadość jeszcze na całą choćby Europę, ale tam, w Ameryce Ameryka jest podobno tylko dla Amerykanów...