Eastman? — Więc dla Rochester nie tylko chlebodawca, nie tylko król aparatu fotograficznego, nie tylko arcy-milioner, ale wielki dobrodziej, wielki filantrop, niewyczerpany w swej hojności mecenas.
Rochester słynie jako miasto pięknych ogrodów, jako miasto kwiatów.
Owóż te kwiaty, owóż te ogrody, te możne uczelnie, te schroniska niedoli ludzkiej, te szerokie aleje, te pośmigłe wieżyce, ten niezwykły tak w Ameryce kult dla muzyki, temu wszystkiemu na imię jest Eastman.
Bardziej jeszcze od tych milionerskich hojności godną jest uwagi drobna ofiarność, zapał nie tylko do składkowania, nie tylko poczucie do obywatelskiej solidarności, ale i owe ciągłe i stałe zapisy i ofiary drobnych kapitalistów, którzy niewielkie sumy rzucają chętnie w otchłań bezimiennych milionów.
Bogaczowi można łatwo imputować ambicję kupienia sobie nieśmiertelności, ofiarność wyprowadzić z pychy, przed legionami amerykańskich małych dobroczyńców należy z uszanowaniem uchylić czoła.
Miasta w Ameryce wyrastają i rosną jako grzyby po deszczu, często rozrzucone, o setki mil oddalone od siebie, a niekiedy rozpryskane tak gęsto na mapie, jakby kto butlą atramentu w jednym miejscu bluznął.
Kędy okiem rzucić miasto tuż obok miasta, na jednej linii tuż kolos przy kolosie, osiedle przy osiedlu, nieraz ledwie o godzinę drogi koleją, a czasami o godzinę drogi na piechtę.
Często dwa miasta tuż obok siebie. Po jednej stronie Missouri — Kansas City w stanie Kansas, a naprzeciwko, po drugiej stronie mostu, Kansas City w stanie Missouri. Po jednej stronie zatoki Duluth, a po drugiej Superior — a niekiedy i bez logiki wodnego przedziału tuż pod St. Paul, tuż przy stolicy stanu Minnesota rośnie zamaszyste i bogate miasto Minneapolis. Niekiedy znów takie stłoczenie, że nie wiadomo, gdzie się kończy stan Indiana, gdzie zaczyna Illinois, a gdzie Illinois zamienia się na dzierżawy Wisconsinu.
Przy tym wszystkim nie lada zamęt z nomenklaturą.
Ameryka, ta prawdziwa, odziedziczyła znaczną liczbę nazw po czerwonoskórych autochtonach. Te nazwy przecież obejmowały raczej rzeki, góry, doliny, a w bardzo małym stopniu wpłynęły na nazwiska osiedli bladych twarzy. Te blade twarze miały ambicję albo przenoszenia na grunt amerykański nazw starokrajskich, albo unieśmiertelniania w tych nazwach swoich własnych rodaków czy samych siebie.