Tayloryzm, więc ruch za ruchem jak cykanie zegara, jak chód dobrze naoliwionego tłoka, tayloryzm więc bezmyślność, więc automatyzm, odrętwienie mózgu, praca w pocie ducha, wyciskanie z człowieka każdej kropli energii.

Za taką pracę w Stanach Zjednoczonych Fordowskie pokolenie płaci każdemu mizerakowi pięć i sześć dolarów dziennie.

I jak tenże sam Henryk Ford w swych enuncjacjach światu obwieścił, do takiej pracy jest mu potrzebny tylko pospolity wyrobnik. Im człek głupszy, im mniej rozumiejący się na mechanice, tym odpowiedniejszy!

Umysłem jest maszyna. Człek tymczasowym narzędziem jeno do wykonywania czynności jeszcze przez maszynę zaniedbanych.

Czujność atoli110 amerykańska spostrzegła, że przy tym udoskonalonym systemie w drugiej połowie tygodnia praca słabnie, ludzie przy łańcuchach drętwieją, wydajność pierwszych trzech dni przewyższa trzy ostatnie.

Jakże począć? Do tayloryzmu należy przykroić stary, ale dobry system, pouczający, że kto chce w szkapy dobrze orać, ten musi baczyć, aby zadość miały i obroku, i spocznienia.

Dokonane przerachowanie na dolary wykazało plusy.

Więcej się opłaca wyrobnik za sześć dolarów dziennie przez pięć dni w tygodniu, aniżeli ten sam wyrobnik sześć razy na tydzień po pięć dolarów.

Tu za trzydziestkę ma się wypoczętego, wyspanego, wynygusowanego draba, a tutaj człeka, który po przepracowanej sobocie ledwie czknął i znów zapyziały gwizdkowi fabrycznemu musiał stanąć na baczność.

W zakładach Fordowskiego pokroju panuje zawsze ten sam system bezwzględności, o jakim wyżej była mowa.