Wiek jest strasznym w Ameryce gnębicielem. Po czterdziestym piątym roku życia ciężko, trudno o kawałek chleba, nie ma dla takiego pracy ani u Forda, ani w lepszej fabryce, ani w urzędzie nie ma już zajęcia dla zbliżających się ku starości...
Czterdziestopięcioletniego nikt nie chce, każdy unika. Wykwalifikowany nauczyciel, profesor? — Cóż po takim? — Rozpędzić się nie zdoła i już szron go chwyci! — I jeszcze względy dla wieku? — Ani myśli! — Trudno, niech próbuje gdzie indziej. — Młodych sił potrzeba...
Pracował, tyle lat pracował, dostawał wynagrodzenie, teraz słabnie, więc słuszna123, aby go odprawić. Zakład przemysłowy nie może być schroniskiem dla starców, przytułkiem dla niedołęgów.
Więc dalej? — Dalej jeżeli brak zabezpieczenia, własnego naciułanego fundusiku, trzeba imać124 się za cokolwiek i to żwawo, bo na każdy pozór „dziabu” dziesięciu zawsze kandydatów.
Rzemiosła, w europejskim pojęciu tego wyrazu, należą w Ameryce do zabytków podziewających się jedynie między wczorajszymi przybyszami.
Rzemieślnikiem w Ameryce nie jest człowiek, lecz nade wszystko maszyna, mniej lub więcej skomplikowana, a więc potrzebująca obsługi.
Nieliczne bardzo zawody ocalały w Ameryce po dziś dzień. Niektóre z nich, jak kowalstwo, prawie zanikły, inne znów jak kapelusznictwo, strycharstwo125, tkactwo uległy całkowitemu zmechanizowaniu.
Kapelusznik amerykański kapeluszy nie wyrabia, dozoruje jedynie pewnej maszyny kapeluszniczej, która wykonuje jakąś cząstkę pracy. Więc jeden kapelusznik wycina ronda, drugi je obrębia, trzeci wytłacza głowy, czwarty zszywa skórki, piąty zakłada podszewki. Strycharz również nie miesi gliny ani nie bawi się ładowaniem jej w czworoboczne formy, znów jest tylko strażnikiem, towarzyszem mechanizmu. Rachmistrz zestawia liczby, maszyna przecież dokonywuje działań i wystukuje gotowe rezultaty. Za jednym pociągnięciem pióra prokurent bankowy podpisuje nie jeden, lecz pięćdziesiąt równocześnie czeków! Tysiące aparatów drukuje równocześnie w całej Ameryce zmiany kursów giełdowych, wypisywane przez jeden główny nowojorski aparat.
Rzemiosło w Stanach Zjednoczonych staje się coraz większym zbytkiem, boć w ogóle zbytkiem jest praca ręczna. Wszystko to, co nosi nadpis „hand made”, należy do osobliwości dostępnych jedynie dla ludzi zasobnych, osobliwości zresztą cenionych przez zeuropeizowanych smakoszów.
Wspaniały garnitur mebli, przebogatym jedwabnym pluszem kryty, każdy fotel zdolny rozmarzyć wyrafinowaniem puchowych swych falistości. Istne cacko, sympozjon linii, barwy, miękkości i bogactwa...