Przywileje nie są zdobywane dla przybłędów.
Godziny pracy, ograniczenie czasu pracy, przepisy dotyczące zatrudniania kobiet i dzieci — są to niby te wspaniałe „reprezentacyjne” arterie chicagowskie, zdolne najbogatszym metropoliom europejskim zaimponować, są to bulwary nad Hudsonem, są to pomnikowe aleje Waszyngtonu klasycznymi strojne gmachami.
Godziny pracy, ograniczenie czasu pracy, przepisy dotyczące zatrudniania kobiet i dzieci mają niby miasto Chicago daleko więcej beznadziejnie monotonnych, brudnych, źle brukowanych, opuszczonych, nędznych ulic i uliczek, aniżeli owych miliony kosztujących bulwarów i spacerów nad Michiganem!
Są tysiące, którym zegary wydzwaniają systematycznie chwilę spoczynku i są krocie takich, dla których nie ma zmiłowania.
Dziesiątki tysięcy nieletnich, nawet w Pensylwanii, trwoni przedwcześnie niezmężniałe siły w fabrykach i warsztatach przy zachowaniu pozoru sfałszowanej daty urodzenia.
Nawet w Pensylwanii wyrobnik przybywający z Polski zniewolony bywa do pracy na farmie od świtu do zachodu w porze letniej, a w zimie od przedświtu do nocy. I wyrobnik taki świąt katolickich, jako w Ameryce nieobowiązujących i przez kościół do niedziel ograniczonych, obchodzić nie ma prawa, no i również nie obserwuje121 świąt cywilnych amerykańskich, bo nie ma o tym pojęcia, że świętym jest Dzień Lincolna czy też Dzień Zawieszenia Broni. Wynagrodzenie pobiera nędzne, boć jest nieświadomym swoich praw, niezdolnym do samoobrony przybyszem.
Są w Ameryce całe zastępy kobiet pracujących w odlewniach żelaza, są całe zastępy takich, które skulone na czworakach skrobią po nocach zabłocone posadzki i mozaiki wszelakich hal publicznych i są damy zasiadające we wspaniałych kancelariach w charakterze dostojnych naczelniczek i organizatorek, i są miliony dziewcząt tułających się po biurach, sklepach i warsztatach fabrycznych, i są tysiące marniejących beznadziejnie śród obojętnego gwaru ulicznego.
Podlegają one niby w zasadzie tym samym co i mężczyźni warunkom, z tą przecież różnicą, że praca ich jest zawsze, jak i na starym kontynencie, gorzej wynagradzana. Są one poza tym również skazane na automatyzm, na owo okrutne zmechanizowanie trudu powszedniego, które zmienia istotę ludzką w jakiegoś niezwykłego dziwoląga.
Wyobraźmy sobie człowieka, który przez lat kilkanaście z rzędu, dzień w dzień, w ciągu ośmiu godzin wybija w nożyczkach lewą dziurkę na pomieszczenie dużego palca u ręki... Wyobraźmy sobie osobę, która w ubraniach męskich wykonywa jedynie lewą górną kieszeń, osobę, która przez dziesiątki lat nic innego nie robi, która nazywa się krawcową, lecz która, poza do perfekcji doprowadzoną tą lewą górną kieszenią, pojęcia nie ma o krawiecczyźnie... No i wyobraźmy sobie, że ów specjalista niesłychany od lewej dziurki w nożyczkach traci pracę, że krawcowa od lewej górnej kieszeni została odprawiona...
Odprawa nadeszła, musiała nadejść... Pewnego dnia „foreman122” spostrzegł jakby przemęczenie owej specjalistki od lewej górnej kieszeni. W kancelarii rzucono okiem do kartoteki... Pięćdziesiąt lat? — Czas skończyć!... Młodszej sile trzeba dać „sposobność”... zmarnowania życia nad lewą górną kieszenią...