Jeżeli mu się przyjrzeć uważnie, jeżeliby zrachować czynności pana profesora w ciągu pierwszego lepszego tygodnia w roku, to zaiste można się szczerze zadziwić wszechstronnością jego wiedzy, sięgającej poza ramy popularnego w Ameryce „pi-ejcz-di” (Ph.D.) tworzącego monogram doktora filozofii.
Pan profesor uniwersytetu myje regularnie swój własny samochodzik, smaruje go, wsuwa się pod jego podwozie na własnych plecach, opatruje każdą jego śrubeczkę. Do tych czynności posiada, jak każdy przyzwoity amerykański gentleman, odpowiedni pokrowiec „over alls”, przypominający konstrukcją majteczki dziecinne, tworzące razem z kurteczką ubranko, do którego się wchodzi przez tylny rozporek. Pan profesor ścina co drugi dzień za pomocą maszynki trawniki przed swoją rezydencją i, o ile posiada ogródek, jest jego jedynym pracownikiem. Pan profesor co trzy lata maluje osobiście swój dom olejną farbą. Pan profesor zamiata co dzień chodnik przed swoim domem. W zimie pan profesor odgarnia szuflą zawały śniegu. Pan profesor opiekuje się centralnym ogrzewaniem, jest westalką paleniska w piwnicy, wynosi popiół, a po drodze wynosi śmieci na godziny i dni przejazdów śmieciarzy. Pan profesor albo pani profesorowa tapetuje pokoje, pan profesor poleruje specjalnymi heblami lub elektrycznymi skrobaczkami podniszczone posadzki, pan profesor zakłada gumowe lub skórzane podkładki do kranów, umie załatać cieknącą rurę ołowianą, wyśmienicie zmaga się z przewodami gazowymi, a drutami elektrycznymi operuje jak urodzony elektrotechnik.
Pan profesor, jak rzekliśmy, jest nadinteligentem, ma stanowisko, które mu przynosi co najmniej trzy tysiące dolarów rocznie, ale przynosi za mało na opłacanie doraźnych posług. W ostateczności, jeżeli w danym osiedlu znajdzie się majsterek chętny do wystąpienia w roli tapicera lub tylko tapeciarza, to jest to zazwyczaj nieco sprytniejszy od pana profesora „tausendkünstler”, który gotów jest podjąć się każdej czynności i każdą po dyletancku wykonać.
Posługa osobista uważana jest w Stanach Zjednoczonych za pracę niewolniczą. Amerykanin nierad zarabiać zginaniem karku. „Tip” (napiwek) nie pociąga go, woli bluzę robotniczą niż jedwabną czarno-żółtą kamizelkę kamerdynerską. Za doraźną pomoc woli cygaro, woli uścisk dłoni aniżeli datek. Dziewczyna amerykańska zawsze woli warsztat, maszynę tkacką aniżeli maszynkę do kawy lub cudzy odkurzacz, woli rygor fabryczny aniżeli pozór zależności od pani domu.
Praca nie hańbi, żadna praca nie poniża, służąca jednak nie będzie czyściła trzewików, w hotelu nikt nie śmie wystawiać butów na korytarz... choć w Ameryce nie ma żebraków podsuwających na rogach ulic stołeczki zabłoconemu obuwiu.
Czyszczenie butów?
Więc zakład odpowiednio urządzony z siedzeniami na wysokości człowieka, z metalowymi formami na ludzkie stopy, z obywatelem mającym pod ręką cały arsenał rozmaitego rodzaju szczotek, płynów i smarowideł, zdolnych byle końską skórę doprowadzić do połysku nieskazitelnej giemzy.
Czyszczenie butów, więc jedna z czynności załatwianych przez fryzjerskie zakłady, więc zawód lukratywny, w uczelniach, w uniwersytetach, w pensjonatach pożądany przez ubogą młodzież zarobek.
Czyszczenie butów toć świetny początek, wiodący nierównie pewniej do milionów niż gra na cytrze, przepisywanie u adwokata, niż zmywanie naczyń w restauracjach...
I stąd Europejczyk wyrzucony na bruk nowojorski, i stąd pół czy też cały inteligent ateńskiego pokroju za tragedię życia poczytuje sobie to, przez co Amerykanin zwykł przechodzić z pogodnym uśmiechem. Imigrant w Ameryce musi od razu wyrzec się przesądów, nie pomogą mu rekomendacje, nie pomogą listy polecające, a w zamian głód ten pospolity, najordynarniejszy głód zmusi powoli do dźwigania worków przy ładowaniu okrętu, do obdzierania cieląt ze skóry, do posuwania się naprzód od zmywacza wagonów do urzędnika wytwornej instytucji. Musi przejść przez te próbne ognie albo spłonąć, zmarnieć, ugrzęznąć w mizeractwie. I, co więcej, musi być przygotowanym na zapadanie się, na ponowne wdzieranie się ze szczebla na szczebel.