Amerykańska szkoła średnia, jako ciąg dalszy szkoły elementarnej, przypomina niemiecką „Volksschule” i na podobieństwo szkoły elementarnej we właściwym swym typie jest jak gdyby drugim kresem nauki, niestarającym się otwierać bram kolegialnych.

High school” ma kurs czteroletni, cztery lata nauki i obowiązek pobierania tylko czterech przedmiotów rocznie. A ponieważ jednym z tych czterech przedmiotów musi być język angielski i może być gimnastyka, więc słabe stąd dla podstaw wiedzy wyniki.

W stosunku do europejskiego gimnazjum amerykańska szkoła wyższa dosięga klasy szóstej, lecz nie dorównuje jej ani zakresem przedmiotów, ani ich pogłębieniem.

Co więcej, o ile świadectwo z ukończenia elementarnej szkoły publicznej jest uważane za bilet wstępu do „high school”, to przeciwnie dyplom z ukończenia tejże „high school” jest skrawkiem zadrukowanego papieru niedającym żadnych prerogatyw...

Uniwersytety bowiem amerykańskie mają swe własne wymagania, i to niejednakowe. Żądają od kandydata znajomości pewnych przedmiotów i żądają przedkładania im wykazów całokształtu jego nauki w szkole wyższej, z dokładnym wymienieniem wszystkich stopni, począwszy od klasy pierwszej. Jeżeli przeciętna tych stopni (skala oblicza się w stosunku stuprocentowym, przyjmując zazwyczaj siedemdziesiąt procent za stopień dostateczny) wynosi mniej niż osiemdziesiąt procent, w takim razie każde „szanujące” się kolegium odrzuca dyplomowanego kandydata, respective127 wymaga egzaminów ze wszystkich przedmiotów.

Ponadto uniwersytety i kolegia bardzo czujnie zważają, czyli stopnie danej szkoły określają sumiennie postępy naukowe wychowańców. O ile spostrzegą, że student nie posiada dobrego przygotowania w którymkolwiek przedmiocie, aczkolwiek szkoła wykazała dobre postępy w tymże przedmiocie, w takim razie szkoła otrzymuje pierwsze napomnienie od uniwersytetu, grożące na przyszłość odebraniem akredytywy, czyli grożące mu nieprzyjmowaniem wcale jej wychowańców bez egzaminów... Takie ostrzeżenie bywa dyskrecjonalnie komunikowane innym uniwersytetom i kolegiom. Stąd zarówno publiczne jak i prywatne szkoły muszą bardzo skrupulatnie oceniać wartość swych wychowańców, o ile w ogóle chcą prowadzić kursy przygotowujące do wyższego wykształcenia.

Dyplom z ukończenia szkoły wyższej nawet i poza kolegiami i uniwersytetami jest zaledwie symbolem. To znaczy, że, gdy zachodzi kwestia ukończenia przez kogoś „high school”, wówczas musi być przedkładany cały obrachunek szkolny. I nie dość na tym, ten obrachunek musi być przesyłany bezpośrednio przez szkołę, jako dokument natury dyskrecjonalnej.

Z tego wynika, że stosunek wychowańca do szkoły trwa przez długie lata, że gdy się nawet dobije stanowiska, to jeszcze chodzi za nim niby mara lichy stopień z algebry, wypomnienie drugiego roku w trzeciej klasie i widma wszystkich grzechów dzieciństwa, no i z tego wynika, że praktyczne Stany Zjednoczone uprawiają biurokratyzm szkolny, o jakim nawet prześwietna c. k.128 Austria nie miała wyobrażenia.

Kolegia i uniwersytety mierzą swe wymagania tak zwanymi „units”, czyli jednostkami, określającymi pobieranie danego przedmiotu przez ustanowioną ilość tygodni i godzin wykładowych.

Przeciętny taki kandydat do „dobrego” uniwersytetu powinien być posiadaczem piętnastu i pół „units”, to znaczy mieć za sobą cztery lata języka angielskiego, trzy lata matematyki, dwa lata francuskiego, dwa lata historii powszechnej (zaledwie dwie godziny na tydzień), rok historii Stanów Zjednoczonych, rok chemii, fizyki i czasami dwa lata łaciny...