Spomiędzy tłumu roboczego, spomiędzy hałaśliwej ciżby wyrostków zaciąga do nauki, kształci ich i jeszcze płaci.
Jako w słynnej amerykańskiej szkole wojskowej w West Point, względnie do klasy każdy kadet pobiera żołd dzienny, żołd suty, pozwalający na zadowolenie bodajby pewnych fantazji, tak i setki szkół zawodowych amerykańskich rozumuje, że zdobycie dobrych fachowców jest tak wielkim zyskiem przemysłu, iż godzi się nie tylko szkołę bezpłatną utrzymywać, ale zdolnym a zmuszonym do zarobkowania jeszcze za ich ochotę do nauki płacić, a więc naukę im umożliwiać.
Szkolnictwo elementarne, szkolnictwo średnie amerykańskie może wypełnić samo przez się karty doniosłej rozprawy pedagogicznej, ale dopiero wyższe wykształcenie, dopiero kolegia i uniwersytety niezwykłością swych koncepcji zdolne są wyprowadzić z równowagi najbujniejszą wyobraźnię.
Nade wszystko szalone wprost bogactwo, niesłychana różnorodność wyższych zakładów, istne skarby naukowych środków, zatrzęsienie stopni naukowych i milion bez mała studentów płci obojga i w ostatku zamęt norm, gradacji, wyobrażeń o tym, co jest wiedzą ścisłą, co tej wiedzy abecadłem, co jej blichtrem.
Amerykański „college”, więc znów kurs czteroletni, zakres wiadomości, o ile nie specjalnych, równa się siódmej i ósmej klasie humanistyki czy filologii, plus jakoweś, mniej gruntowne, a uroczyście brzmiące, przedmioty z zakresu pierwszo- a niekiedy drugorocznego kursu europejskiego uniwersytetu. Po tych czterech latach już stopień naukowy bakałarza sztuk lub bakałarza nauk przyrodzonych!... W istocie zaledwie tylko niezła europejska matura. W Ameryce przecież po takim bakalaureacie albo już zawodowa kariera, bodajby w charakterze nauczyciela w szkole średniej, albo wjazd bez egzaminu na kursy uniwersyteckie.
O ile taki bakałarz pozostaje na rok piąty w kolegium, to już po roku zdobywa stopień magistra! A już dalej po dwu latach może się wystroić w błękitne wyłogi płaszcza doktora filozofii...
Lecz i ten porządek dotyczy jeno wysoko postawionych kolegiów i bardzo wymagających uniwersytetów. Normalnie dwa lata „college” wystarcza do przejścia całkowicie na kurs uniwersytecki, normalnie już w drugim roku nauki kolegialnej przyszły kandydat na lekarza bierze rozbrat całkowity z ogólnokształcącymi przedmiotami, już się zaczyna specjalizować...
Nie dość na tym. Kolegia amerykańskie znów trzymają się uporczywie kabalistycznej czwórki przedmiotów wykładowych, pośród których jednym z nich może być na przykład wychowanie fizyczne, po prostu sport, drugim „domestic science”, a więc sztuka słania łóżek, operowania odkurzaczem, zmywania naczyń, pieczenia „keyksów”. Rysunki mają toż samo prawo obywatelstwa, co ekonomia, nauka sztuki ogłoszeń i reklam jest znów częścią składową kursu ekonomii, dobrą grą na mandolinie można z łatwością potłuc w szrankach biologistę, ile że zakres nauk kolegialnych w Ameryce nie ma kresu i ma równy szacunek i równie dźwięczne stopcie naukowe i dla tego, który sięgnął absolutu względności, i dla tego, który pobił wszystkie rekordy skoków wzwyż.
Bezpośrednim następstwem tego systemu jest chorobliwa tytułomania naukowa, często nieucka, parady w maskaradowych togach, szafowanie bezwartościowymi kwitami na rzekomy rozum. Amerykanie silą się w tym kierunku o zakasowanie małomiasteczkowości germańskiej, wiedeńskie chcą jakby zaćmić tradycje. Trzeba gruntownego wniknięcia w istotę szkolnictwa amerykańskiego, aby zgłębić otchłań dzielącą doktora uniwersytetu w Valparaiso w stanie Indiana, uniwersytetu będącego zwykłym geszefciarskim przedsiębiorstwem, od tak zamkniętych, niedostępnych zakładów naukowych, jak Brown University lub Princeton, trzeba długiego czasu, aby nauczyć się sztuki oceniania wartości amerykańskich stopni naukowych.
Stany Zjednoczone posiadają wyższe uczelnie znakomicie zorganizowane, posiadają możne instytucje, zasobne, ale mają również zakłady naukowe początkujące, nieudolne, słabe, liczące po kilkuset zaledwie słuchaczy, jak choćby taki Santa Clara University lub jakiś ubogi Chattanooga University w Tennessee.