Następnie trzeba sobie uprzytomnić, że Stany Zjednoczone mają jeszcze do dnia dzisiejszego takich lekarzy, którzy nigdy lekarzami nie byli, mają duchownych, którzy żadnych nie kończyli szkół, mają sędziów, mają prawników, którzy ukończyli jeden rok prawa!

Przed laty pięćdziesięciu zjeżdżał do Stanów Zjednoczonych emigrant, wywieszał tabliczkę lekarza i praktykował spokojnie. Nikt się nie pytał o dyplom, o praktykę, nikt nie dociekał. Jeżeli były nawet dane po temu, że jest jedynie felczerem, że jest wyszkolonym sanitariuszem, nikt mu tytułu doktora nie zaprzeczał.

Tak było przed laty pięćdziesięciu, a nawet w niektórych stanach mniej niż przed pięćdziesięciu.

Na pustkowiach brakło ludzi, brakło specjalistów, brakło zawodowców. Bodaj pokątny doradca, bodaj kancelista starczył za mecenasa, byle mądrala za profesora, byle gadacz za kaznodzieję.

Dopiero w miarę kształcenia młodzieży zaczęto stawiać pewne wymagania, początkowo bardzo maleńkie, bardzo niewinne. Starano się brać na munsztuk133 owych uczonych emigrantów, lecz najprzód bardzo łagodnie. Na przykład godzono się na zdawanie egzaminów lekarskich w języku ojczystym kandydata. Tłumaczami byli „specjaliści” i tak znakomici, że te egzaminy szły jak z płatka, że „specjaliści” napychali sobie kieszenie.

Lecz i ten postęp szedł zresztą nierównomiernie i do dnia dzisiejszego wtóruje nierównomiernemu rozkwitowi poszczególnych stanów.

Do wytwarzania tych tak wielkich różnic przyczynia się w znacznym stopniu okoliczność, że wyższe wykształcenie w Stanach Zjednoczonych opiera się przede wszystkim na inicjatywie prywatnej, na prywatnych kolegiach i uniwersytetach.

Tradycja prywatnej wszechnicy w Ameryce zaczyna się od roku 1636, od Harwarda, od myśli utworzenia amerykańskiego Cambrigde.

Od tej chwili prawie inicjatywa prywatna nie przestała przodować urzędowym wysiłkom poszczególnych republik i doprowadziła do tego, że i dzisiaj uniwersytety prywatne amerykańskie, kolegia prywatne, biją na głowę uczelnie państwowe. One im torują drogę, one narzucają prawa i regulaminy, one, i całkowicie słusznie, są dumą amerykańskiej społeczności.

W umyśle Europejczyka to się w ogóle nie mieści.