Jak to? — Więc można dzisiaj jeszcze w Stanach Zjednoczonych założyć sobie prywatny uniwersytet i wydawać stopnie naukowe? — Juści134, że można. Przeszkód żadnych, ta jedna i główna klauzula, ażeby posiadać dostateczny fundusz, zabezpieczający trwanie instytucji, no i odpowiednią organizację. Poza tym wolno założyć uniwersytet z językiem wykładowym choćby portugalskim, można zmniejszyć lub powiększyć liczbę lat obowiązującej nauki, można iść drogą największego zacofania lub krańcowego postępu.

A prawa, a przywileje?

Prawem i przywilejem w Stanach Zjednoczonych jest ciągle i zawsze mózg ludzki, nie świstek papieru, nie świadectwo, lecz sama wiedza, ściślej, synteza, jaką ta wiedza wytwarza.

Więc niesłychane pole do nadużyć, fabrykowanie stopni naukowych, wprowadzanie w błąd, okazja do fałszowania nauki. Bywa i tak. Ten szeroki liberalizm miewa swoje złe strony, lecz w sumie dobro bierze górę.

Pomimo tych usterek rozwój wyższego wykształcenia w żadnym państwie na świecie nie może się pochlubić równym impetem. Ten impet nie dosięgnął może szczytów, ten impet niezdolen jeszcze iść o lepsze z prastarymi krynicami nauki, ale już zbliża się ku nim, już pośpiesza.

Prywatna inicjatywa, ofiarność prywatna, niekiedy zapomoga od miasta, rzadziej od władz stanowych, a zresztą wszystko na barkach własnej administracji, na barkach ludzi, którzy pracę dla uniwersytetu obrali sobie za cel życia.

Niektóre uniwersytety i kolegia opierają swój byt na kongregacjach, na wyznaniowych związkach. Statystyka, schwytana w momencie oddawania tej pracy do druku, stwierdza, że w stu sześćdziesięciu czterech katolickich kolegiach i uniwersytetach w Stanach Zjednoczonych w roku szkolnym 1930/31 było ściśle 104 023 studentów i studentek! Ale najczęściej te najbogatsze uczelnie opierają się jedynie na swych własnych wychowańcach, na swych abiturientach, na swych byłych słuchaczach. Oni tworzą związki opiekuńcze, oni czuwają nad swymi Alma Mater, oni prześcigają się w ofiarności, oni to sprawiają, że własność Harvardu wynosi 115 milionów dolarów, że Uniwersytet Columbia ma jej za 77 milionów, a Yale ma tej własności za 90 milionów.

Trudno sobie wystawić135, wyobrazić te pałace, te bajeczne urządzenia, te wspaniałe laboratoria doświadczalne, te bogactwa wyższych zakładów amerykańskich. Niczego tu nie brak, ani dość marnego drobiazgu, ani dość wielkiego nakładu, aby o nim zapomniała, aby nań się nie zdobyła wszechnica amerykańska.

Przeciętny tak zwany „campus” uniwersytecki, a więc obszar, który zajmuje, jest jednym labiryntem pięknych gmachów, wpadających niekiedy w styl starogreckich świątyń, wystrzelający łukami gotyku, nieskąpiący wydatku choćby na odtworzenie koronek sewilskiej Giraldy, choćby na zbudowanie jeszcze jednej Campanilli.

Campus” amerykański, więc pęki zieleni, bukiety kwiatów, wolny przestwór, powietrze, słońce. Tak, brak, po tysiąc razy brak, brak Ameryce tych wielmożnych zakamarków, tej czcigodnej stęchlizny wieków, tego pyłu filozoficznego, który pamięta czasy Medycjuszów, Juliusza II miłościwą pieczę, pergaminowych twarzy oczy gorejące...