Tak, w tych pięknych gmachach amerykańskich brak jeszcze ducha nauki, za wiele radości życia, za wiele swawoli, za wiele szczebiotania, a za mało wiedzy, za mało takich, którzy by ją chcieli mieć za cel, a nie tylko za środek, za sposób do życia.
Schematyzm, standaryzacja i masowa produkcja i tutaj do zbytku się panoszą, zamieniają wyższe uczelnie w jakoweś młocarnie, młyny, sita, w kotłowiska, z których wylatują całe zawały plew, w istne fabryki stopni naukowych, naukowych banalności, naukowego ubóstwa. I tu wszędzie cyfry potworne, jakby obniżające powagę czystej wiedzy.
Wystawmy jeno sobie w jednym uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku czterdzieści tysięcy studentów, a tuż obok, na uniwersytecie New Jork jeszcze trzydzieści pięć tysięcy... Taki słynny uniwersytet Kalifornijski w Berkeley na dorocznej uroczystości feruje za jednym zamachem cztery tysiące stopni naukowych. Ówdzie w jednym roku uniwersytet rzuca na rynek tysiąc lekarzy, półtora tysiąca adwokatów, dwa tysiące dentystów... A ileż tysięcy wszelakich bakałarzy. Stany Zjednoczone mają 576 wyższych zakładów, wydających stopnie naukowe!!
Wprawdzie zapotrzebowanie stopni naukowych wzrasta z roku na rok.
Pamiętajmy, że już tak zwany „skład departamentowy”, czyli typowy amerykański bazar, często wspanialsze jeszcze odtworzenie magazynów paryskiego Luwru, że taki handel wymaga od starszego subiekta, a choćby od eleganckiego jegomości, którego całym obowiązkiem jest kłaniać się wchodzącym, wskazywać drogę, no i po trosze zerkać na kolegów, a po trosze czuwać nad smukłymi paluszkami pięknych dam, nurzającymi się w fatałaszkach — otóż taki handel od takich pracowników wymaga ukończenia pełnego „college”. Nie szkoły handlowej, nie kursów specjalnych, lecz ogólnie kształcącego zakładu naukowego.
Ale pomimo tego, że równocześnie nawet zakłady fabryczne zaczynają żądać przynajmniej dwu lat kolegialnych od kandydatów na majstrów warsztatowych, pomimo tego w Stanach Zjednoczonych daje się uczuwać już pewna nadprodukcja... stopni naukowych.
Stąd dążność wytrwała do polepszenia wartości tych stopni, do pogłębienia nauki, do podniesienia jej skali.
Jakoż w tym kierunku amerykańskie uniwersytety idą zwartym krokiem naprzód.
Taki na przykład rektor uniwersytetu Columbia, N. M. Butler, znakomity działacz i organizator, nie waha się nigdy rzucać gromami z mównicy publicznej w marność doktoratów, w nicość pychy naukowej, w głupotę tytułów, w brak naukowej skromności, w brak mrówczej pracy. Prezydent Calvin Cooligde w ostatnich czasach przedłożył opinii amerykańskiej dowody niskiego poziomu umysłowego prawników, którzy, przy całej znajomości procedury, są przeważnie typowymi nieukami, niezdolnymi do utrzymania etyki prawniczej na odpowiedniej wysokości.
Takich głosów jest mnóstwo.