Pamiętam, jakie przerażenie wywołało to wśród Niemców, Francuzów, Anglików. Natomiast rozmaite narody z Kaukazu, Krymu, Środkowej Azji, Turkiestanu, nawet z Mongolii, w baranich czapach i długich bekieszach52, padały nam w objęcia i również zaczęły żądać dla siebie niepodległości... Irlandczycy, którzy nie wiem z jakiego powodu znaleźli się również na tym kongresie, wyrażali nam swój entuzjazm i mocno wymyślali Anglii.

Powstał zamęt... Niemcy, którzy liczyli na zupełnie co innego, rozgniewali się i grozili, że nie pozwolą nam wrócić do Polski, jeżeli nie dodamy: „niepodległa Polska w połączeniu z państwem niemieckim”. Nie zgodziliśmy się na żadne, choćby najniewinniejsze dodatki do niepodległości i miałem z tego powodu przykrą przeprawę z niemieckim dyplomatycznym agentem, przydzielonym jeszcze w Warszawie do nas. Odtąd zaczęły się prześladowania mnie przez Niemców, z początku ukryte, a następnie jawne.

W powrotnej drodze przy rewizji rozbierano mnie do naga, a jednak zdołałem przewieźć sprawozdania ze zjazdu i mowę Łempickiego, napisane drobniutko na cieniutkiej bibułce.

Przypominam sobie to wszystko, jadąc przez Niemcy i przyglądając się ośnieżonym z lekka polom z okien polskiego wagonu, wybudowanego już w niepodległej Polsce przez firmę Lilpop, Rau i Loewenstein (wagon wcale nie gorszy od zagranicznych). Jakaż szalona zmiana na polach w porównaniu z wojennymi czasy!... Pola, podówczas zachwaszczone i źle zaorane niewprawnymi rękami kobiet — znowu przedziwnie, miłośnie uprawne... Znów widzę wszędzie gromady mężczyzn, tęgich, zdrowych, dobrze odżywionych i bardzo pewnych siebie, jakich wówczas w środkowych Niemczech nie spotykało się wcale, chyba w mundurach, w wojskowych pociągach, przebiegających kraj ze wschodu na zachód lub odwrotnie. Zniknęły gromady obdartych, bosych kobiet, dzieci, starców, jakie wówczas często spotykałem na drogach i pomniejszych stacjach... Wszędzie dobrobyt dawny i dawny rubaszny, z byle czego, śmiech...

Zapomniały Niemcy o dniach cierpienia i porażki... Miasta oświetlone, ożywione, ruch wszędzie wielki, pociągi pełne... Ale głównie uderzyło mnie budownictwo. Nie mówię o Berlinie, gdzie, jak wiadomo, w czasie złośliwej dewaluacji marki powstały całe dzielnice nowych domów, ale nie mijałem miasta i miasteczka, gdzieby nie bielały rzędy świeżutkich budowli... Brzydkie, szaro-czerwone (dużo śród nich cemento-betonowych), ale liczne i, jak mi mówiono, wygodne, współcześnie urządzone i zaopatrzone, tanie, sprzedawane przez koncesjonowane spółki budowlane ludziom niezamożnym, inteligencji pracującej oraz robotnikom. Niemcy roją się od takich domów, a ulice miast, pewnie na skutek tego, roją się od gromad tęgich, rumianych, wesołych dzieciaków...

Praca skrzętna, zabiegliwa wszędzie wre, zamożność rzuca się w oczy... Ale wraz z nią wróciła dawna buta i tępota... Zniknęły uduchowione twarze cierpiących w czasie wojny i zaraz po wojnie Niemców... A kiedy znalazłem się w Westfalii, gdy pociąg nasz przebiegał mimo łyskających krwawą łuną wulkanów Kruppa53, kiedym ujrzał ten nieustanny wysiłek jedną myślą opętanych milionów i przypomniał sobie niedawną mowę Westarpa54 — ogarnęła mnie groza. Czyż niezbędnie konieczny jest dla uczłowieczenia Niemców drugi Grunwald? I czyż ten Grunwald, jak za czasów Jagiełły, znowu spadnie na barki naszej Ojczyzny?!...

14 września 1930 r.

Los zdarzył, że 14 bieżącego miesiąca, a więc w niedzielę wyborczą, znalazłem się w Berlinie. Rozumie się, że byłem niezmiernie ciekawy przebiegu głosowania. Zapowiadano gwałtowne starcia między socjalistami i hitlerowcami.

— Może nawet będą... barykady! — mówiono tajemniczo w sobotę.

Późnym wieczorem zwabiły nas do okien dźwięki trąb i straszliwe wrzaski: „Hitler!... Hitler!... Hoch!...55”. Środkiem ulicy w wielkim ciężarowym automobilu przejeżdżała gromada ludzi, machając pochodniami i białymi sztandarami z czarną swastyką... Na przedzie orkiestra dęła usilnie w wielkie, mosiężne trąby i waliła w bębny... Przechodnie na trotuarach zatrzymywali się na chwilę, patrzyli w stronę samochodu, po czym spokojnie szli dalej. Za samochodem biegły tłumy chłopaków i chwytały rozrzucane ulotki.