Nazajutrz wstałem wcześnie i zaraz otworzyłem okno. W nocy spadł deszcz, bruk był wilgotny, a nad dachami ciężkich, ciemnych domów płynęły szare chmury. Powietrze wypełnione były zgniłym zapachem i przytłumionym gwarem wielkiego miasta. Daremnie nadstawiałem uszu: nie usłyszałem ani nie zobaczyłem nic szczególnego.

— To pewnie tutaj tylko, bo i dzielnica zamożna... spokojna... Zupełnie co innego będzie w Moabicie, gdzie mieszkają robotnicy, albo na przedmieściu Stieglitz, gdzie panują hitlerowcy!... — tłumaczono nam.

Pojechaliśmy więc otwartym samochodem do Moabitu.

W miarę oddalania się od środka miasta zaczęły pojawiać się coraz liczniejsze oznaki odbywających się wyborów. Tu i ówdzie zamajaczyły flagi i ogłoszenia, na chodnikach i jezdniach zabielały ćwiartki porzuconych ulotek.

— Mało ich w tym roku. Dawniej ulice bielały od nich jak od śniegu... Obecnie kryzys!... Oszczędności!... Dlatego pewnie i plakatów mało... — objaśnił nasz przewodnik.

Nareszcie jest coś: w jednej z bocznych ulic bije czerwona łuna od flag, emblematów, napisów, wstęg... Widok dość malowniczy... Miejscami szerokie płachty czerwonej tkaniny przeciągnięte z jednej strony ulicy na drugą... Na nich bolszewickie gwiazdy, sierpy, młoty i napisy KPD56.

— Aha, to tu! Komuniści!... Liczba cztery to numer ich listy! Widzi pan portret Lenina, a obok polecenie: „Wählt Sowjetdeutschland!” Głosuj na sowieckie Niemcy! Przecież to jawne wezwanie do przewrotu!... Czy nie bezczelność!?

Takich wezwań, portretów Lenina, sierpów, młotów, gwiazd, wychwalań Rosji Sowieckiej wszędzie pełno...

Przed redakcją „Rothe Fahne”57 parę tysięcy ludzi słucha w skupieniu gwałtownych przemówień, roznoszonych po obszernym placu z okien pierwszego piętra przez wielkie głośniki... Mowa mocnym echem odbija się od ciężkich murów wielkiego teatru ludowego Volks Bühne.

„Tu panują komuniści! Socjaldemokraci nie śmią tu zaglądać!”