Istotnie socjaldemokratycznych plakatów prawie nie widać. Natrafimy jednak trochę dalej na ulicę, gdzie afisze i chorągwie komunistyczne mieszają się z socjaldemokratycznymi, a nawet w jednej z ulic widzimy prawie wyłącznie czerwień znaczoną literami SDP58 oraz numerem jeden. Dekoracje jednak są o wiele mniej sute niż u komunistów:
— Nic dziwnego: ci dostają na wybory pieniądze z Rosji, a socjaldemokraci nie dostają znikąd i mają na karku trzy miliony bezrobotnych!...
— Którym komuniści obiecują natychmiastowy chleb i pracę za oddane na siebie kartki i głosy! — dodał jeden z panów.
— Jak w Rosji, gdzie do tej pory głodują, dostając odwrotnie: chleb za kartkami59...
— Nie wierzą!... Nikomu nie wierzą, prócz tym, co dają im dobrowolnie pieniądze!... Uważają to za dowód ideowości i braterskiej bezinteresowności bolszewików!
Dostrzegamy w górze samolot, z którego sypią się na miasto obłoczki przez nikogo zresztą nieczytanych ulotek.
— Czy to też komuniści? — pytam.
— Nie, to socjaldemokraci!
W Moabicie miało się wrażenie, że te tylko dwie partie walczą ze sobą. Innych nie było widać. Wśród kilku spotykanych samochodów agitacyjnych, pełnych młodych ludzi i dziewcząt z chorągwiami, zaledwie jeden miał barwy centrowe, biało-żółto-czerwone. Nawet hitlerowców było mało: na jednym wozie jechali triumfalnie, ryczeli i wygrażali pięściami na wszystkie strony, a drugi stał otoczony przez policję, na wpół opróżniony z manifestantów, których przesadzano gwałtownie do automobilów policyjnych. Widziałem też sporo aresztowanych komunistów, chociaż w ogóle porządek nie był nigdzie poważnie naruszony. Ogromna ilość rozrzuconej po całym mieście policji wszystko trzymała w żelaznych karbach. Za każdym wozem agitacyjnym podążał wóz policyjny z ukrytymi w siedzeniach karabinami maszynowymi. Przed każdym lokalem wyborczym posterunek policyjny nie pozwalał nikomu agitować, zatrzymywać się na dłużej, nawet rozdawać ulotek. Ponieważ takich punktów wyborczych było bardzo dużo, tworzyły się ogonki z głosujących i łatwo było utrzymać porządek. Jedyną oznaką, po której poznać można było punkty wyborcze, były grupki ludzi z transparentami numerów list wyborczych na piersiach i plecach.
Stali spokojnie obok siebie i nawet przyjacielsko rozmawiali ze sobą.