Warczy w powietrzu, nie tak z chmur czarnych niezbłagan

Grom z hukiem wali... Leci, jak burzy huragan

Niosąca zgubę włócznia, w brzeg tarczy uderza,

Rwie kolczugę, przebiwszy siedem blach puklerza

I ostrzem udo w środku przeszywa. Bezwładnie

Na kolana olbrzymi Turn z chrzęstem upadnie.

Z jękiem skoczą Rutule, grzmi zgiełkiem stok cały

Wzgórza i głuche bory echem odegrzmiały.

On, oczy i dłoń wznosząc, z licem przygnębionem:

«Zasłużyłem zaiste — rzekł — nie drżę przed zgonem.