Zda się, żyjąc, że przyrasta wieku, a co dzień go znacznie ubywa; bo im dalej w lata idziemy, tem się coraz bliżej śmierci przymykamy289.

Życież to jest czy cierpienie, pytam? Albo że u gramatyków słów pożyczę, akcja czy pasja; żyję swobodnie, używam rozkosznie, wszystkiego mi dostaje.

A jakoż żyję, kiedy mię choroby, nędza, kłopoty gryzą, przygody tępią, ubóstwo frasuje, młodość wynosi, starość krzywi, a potem leda290 defekcik do grobu odeśle.

A ja przecie, biedę cierpiąc, chwalę, w ucisku nie stękam, w zgubie nie trwożę się; a kubkiem słodyczy światowej opojony, na śmierć się i jej okoliczności nie oglądam.

Nie oglądamci291 się ja na nię292, ale ona o mnie pomni, kiedy mię chorobą jak zawiłym rokiem293 obesławszy, na straszny trybunał boski gotować się każe.

Cóż dalej czynić? Szukam u dobrych przyjaciół rady; nie znajduję; ale i znajomi, i poufali druhowie jakoś już ode mnie stronią.

Rodzina i krewni tylko zaglądają nazierkiem294, z wierzchu płaszczem pokrywając chciwość puścizny.

Mała w ludziach nadzieja, więc pójdę do obrony i munimentów295, ale i te nie dobrze tuszą296, pogluzowane297 nieprawością.

Szukam patrona — nie masz; przyczynnych listów nie przyjmują, korrupcji nie biorą, dylacji298 nie dadzą, apelacji299 nie pozwolą, ewazja300 nie pójdzie.

I tak zagają o mnie prawo: gdzie łóżko moje sądową izbą, zły żywot instyguje301, sumnienie świadczy: Bóg sędzia, egzekutor czart, a dekret (broń Boże) żeby nie był z utratą szczęśliwej wieczności.