Odpoczynek w Jabłonnie pogodził mię częściowo z losem. Przez godzinę przeszło siedziałem w ciepłej izbie zajazdu, nie czując za sobą głowy cukru, nie widząc przed sobą rozczochranej głowy Joska i jego wielkiej, zatłuszczonej, obszarpanej czapy.

Tę izbę bardzo lubiłem. Wydawała mi się zawsze uroczyście piękna, niby sala w starym zamku, niby kaplica. O każdej porze roku i dnia panował w niej półmrok. To właśnie sprawiało ów nastrój uroczysty. Nie słyszało się tam nigdy krzyków pijackich ani wybuchów głośnego, mazurskiego śmiechu. Podróżni zachowywali się milcząco, przyzwoicie, powściągliwie, jak w poczekalniach kolejowych pierwszej i drugiej klasy.

Na „bufecie”, mrocznym, poważnym, jak stalle kanonickie, stały wielkie ptaki wypchane. Za bufetem siedziała piękna, blada, dostojnie smutna kobieta. Wydawała służbie rozkazy, poruszając jedynie ustami; głosu jej nigdy nie zdarzyło mi się słyszeć. Otaczały ją naczynia dziwnych kształtów, ze srebra, bronzu, kryształu; pęki suchych traw i kwiatów tkwiły obok niej w ciemnych wazonach, hypnotyzując swym sennym, sztywnym bezruchem. Dzwonek, poruszany ręką tej kobiety, wydawał dźwięki nadzwyczajne: brzmiał jękliwie, tajemniczo, nabożnie, jak północne dzwonienie w pustelni Kamedułów...

Tak przynajmniej przedstawiało się to wszystko wówczas moim zmysłom i mojej wyobraźni.

Nastrój podniosły wzmagały dwie okoliczności, bardzo odmiennego rodzaju.

Najpierw, całą Jabłonnę wypełniała dla mnie światowo-rycerska postać księcia Józefa Poniatowskiego. Z okna izby zajezdnej przyglądałem się bramie żelaznej, wiodącej do jego niegdyś parku. Przy podjeździe leżały tam dwie olbrzymie kule kamienne; przez kratę było widać zwężającą się perspektywicznie aleję nagich, skostniałych od mrozu, drzew parkowych. Zdawało mi się nieraz, że z mgły, przesłaniającej głębię parku, wysuwa się bez szmeru biały łabędź sani książęcych, a na nim młodzieniec w burce, z małymi na rumianej twarzy „bakenbardami”, z oczyma ciskającemi błyskawice...

Drugą, podniecającą mnie okolicznością, był fakt, czy też pogłoska, że „austeryę” w Jabłonnie trzymają dwie siostry — baletnice. Dla piętnastoletniego estety, baletnica, ballerina, była czemś prawie nadziemskiem. Zaprowadzono mnie raz do teatru na balet „czarodziejski”, i wyrobiłem sobie wówczas przekonanie, że baletnica jest czemś pośredniem pomiędzy Mickiewiczowską Świtezianką a Wergiliuszową Nimfą...

Ciemne, wysokie drzwi lekko skrzypnęły; ukazał się Josek, granatowy od zimna, w długiej, obszarpanej opończy, z wielkim biczem w ręce.

Pokornie stanął przy progu, bicz z ręki do ręki przełożył, zakaszlał...

— Żymnoo... — wyrzekł przeciągle, drżąco, zwracając mowę razem do wszystkich i do nikogo.