Nikt nie spojrzał nań nawet.

Zaszurał ciężkiemi buciskami, biczyskiem w podłogę zastukał — jakby dla zwrócenia na siebie uwagi.

— Żymnooo... Wielgie żymnooo — powtórzył nieco głośniej, ale zawsze z powściągliwą pokorą.

Byłem domyślniejszy, czy też tylko naiwniejszy od swych głuchych i milczących towarzyszów: zrozumiałem, że przeziębły woźnica przymawia się o poczęstunek. Chętnie kazałbym mu podać herbaty gorącej z arakiem, kawał chleba z pieczenią... cóż kiedy był tak odpychająco brzydki, brudny, prostacki!

Odwróciłem się pośpiesznie do okna, aby nań nie patrzeć. Wytężonym, niecierpliwym wzrokiem upatrywałem książęcego łabędzia...

Do Joska przystąpił służący — za ramię silnie go ujął.

— Tu żydom nie wolno! — oznajmił głosem dobitnym.

— Nu, to sobie pójdę — rzekł woźnica z rezygnacyą. I proszę państwo na brykie — dodał, obracając się do podróżnych. Czas jechacz!

Zaraz za Jabłonną szosa załamuje się pod kątem prawie prostym. Wskutek tego wiatr, wiejący nam dotąd w plecy, zaczął teraz nacierać z boku. Nie był to wiatr silny; w lecie nazwalibyśmy go „zefirkiem” i z rozkoszą pewnie nadstawialibyśmy mu rozgrzane twarze — ale przy mrozie kilkunastostopniowym, każde muśnięcie tego zefirka równało się dotknięciu rozpalonem żelazem.

Towarzysze pochowali się z głowami w swe wielkie futra; mój kołnierz od szynela nawet całych uszu nie mógł zasłonić. A na bryce nie było już tak ciepło i przytulnie jak wpierw. Część podróżnych wysiadła w Jabłonnie i na siedzeniu potworzyły się luki.