— Magnat to być musi... — zauważył młodzieniec. — A robotaż owa jaka?
— Łańcuch białogłowski, kanak ze złota szczerego. Kamieni żadnych nie chce, ale robota ma być na schwał misterna. Ogniwo każde, mówił, co innego niech wyraża. Ozdób żadnych, jeno kwiatki, ptaszęta i główki anielskie...
— Kanak białogłowski... kamieni żadnych... kwiatki, ptaszki i aniołki... Ależ to kropla w kroplę łańcuch, jaki król wziął dla królowej!...
— Właśnież i on to mówił. Podobien ma być zupełnie królewskiemu...
Jur głową pokręcił, dziwiąc się.
— I któż on zacz? — spytał.
— Przejezdny jakiś. Szwed pono. Z samym nie gadałam, jeno z dworzaninem jego, który polskiego języka uczony...
— Ha! — wyrzekł Jur, pomyślawszy trochę. — Szwed nie Szwed — dukatami płaci, robotę wziąć trzeba. Czerwieńce przydadzą się, nieprawda, matko?
— Oj, prawda! — przytaknęła.
— Wreszcie pamiętać nie zawadzi o tym, czego w szkole uczono. Labor omnia vincit improbus218...