Spoza wielkiej beczki wylazł człowiek zaspany. Oczy przetarł, przeciągnął się, zapytanie niewyraźne mruknął. Wyglądał dziwacznie i zagadkowo. Miał na sobie kaftan zielony, stary i zaplamiony, ze śladami złocistego wyszywania. Głowę owiązywał szmatą brudną, podobną razem do zawoju, do feza i do zwykłej babskiej chustki.
Był to imć pan Agła-Abłanowicz zowiący siebie Ormianinem, właściciel lochu z winami pod Ratuszem. Na jego śniadej twarzy o wielkim, do dzioba kruczego podobnym nosie i o czarnych podłużnych oczach malowało się wyraźnie wschodnie pochodzenie. Malowało się też i chytrości niemało.
— Tokaju26? — zapytał wyciągając rękę po dzban, między dwoma biesiadnikami stojący.
— Waścin27 tokaj z morawskiej lury fabrykowany! — rzekł drwiąco starszy z dwóch.
Zuchem on się zdawał, na ławie buńczucznie się rozpierał i pięścią w stół uderzał nieustannie. Wąs miał zadarty do góry, bródkę ze szwedzka przystrzyżoną, na głowie czapkę, lisim futerkiem oszytą.
Na przedzie czapki futerko tworzyło czub zadzierzysty, podnoszący jeszcze bardziej zawadiacki wygląd młodzieńca.
— Kalumnie28 waszmość gadasz — odburknął Ormianin. — Toż do mnie szmekierowie29 przychodzą, win próbują...
— Czerwieńce30 biorą... — dodał tamten przedrzeźniając.
Ormianin ramionami wzruszył i z dzbanem do odejścia się zabierał. Młodzieniec zatrzymał go.
— Varietas delectat31 — rzekł. — Utocz nam petercymentu32, mości Hałła-Drałła.