— Ja... — bąkał onieśmielony, kłaniając się, z odkrytą wciąż głową — ja panów Włochów od serca miłuję... Panów Szwedów takoż... I panowie Niemcy moi bracia... Powiedziano: miłuj bliźniego swego...
Towarzysz pociągnął go za rękaw, przerywając orację. Opierał się trochę, w końcu ustąpił. Odchodząc, jeszcze raz skłonił się pokornie.
— Wydostań brzuch, Luka! — zawołał Giano wesoło. — Niebezpieczeństwo minęło.
Grubas wysunął się spoza skarpy, do której przylepiony był jak nietoperz.
— Oj, Giano! Giano! — mówił płaczliwie — szukasz ty guza własnowolnie.
— Na swoją głowę i na naszą! — dodał płaczliwiej jeszcze Fabio.
— Tchórze! — wykrzyknął Giano. — Zlękli się dwóch szewców pijanych.
— Ba! Mogła to być szlachta!...
— Albo pancerni!...
— Giano, pieszczoto wenecjanek! Przyjaciel tobie mówi: wróć się!...