Obudził go promień słońca, który, znalazłszy szczelinę pomiędzy powojami, w same oczy mu świecił. Promień był czerwonawy, co wskazywało, że słońce zachodu już bliskie.
— Uuuu! — zawołał, przeciągając się z lubością. — Smacznyż to był sen!...
W tejże chwili spojrzenie jego na stolik padło.
— Oooo! — zaśpiewał. — Pono przebudzenie smaczniejsze jeszcze!...
Na stoliczku stały farfurki125 jedzenia pełne. Był tam ptak jakiś pieczony; był sos żółty, tak gęsty, że łyżka w nim tkwiła jak w maśle; były owoce na sposób włoski w cukrze osmażane; było wreszcie ciasto, taką masą szafranu zaprawne, że z daleka powonienie drażniło.
W nagłym napadzie wilczego apetytu rzucił się młodzian na przysmaki owe i nie upłynęło minut pięć, jak wszystko zmiótł do szczętu.
Zaledwie usta otarł i odetchnął, zjawiła się Dobruchna.
Mniej była śmiała niż rano i do mówienia nie tak ochotna. Przyniosła dzban wody świeżej i potrzebę opatrzenia rany przypomniała.
Szczerbowi wraz z siłami powróciła kawalerskość.
— Ależ ja nie pozwolę — bronił się — byś waszmościanka tyle się dla mnie trudziła...