Ona jednak w milczeniu, z uśmiechem łagodnym i uprzejmą stanowczością, pełniła swe dzieło. Wodę ze dzbana na misę wylała, bandaż świeży rozwinęła, słoiczek z balsamem otwarła. Potem, na ziemi przykląkłszy i rozchyliwszy kaftan, który był rozmyślnie na całą długość przecięty, dawny opatrunek zdejmować jęła.
Na wszystkie zaś przekładania jedną miała odpowiedź:
— Tak trzeba...
Tym razem, protestów zaniechawszy, pomagał jej i sam Szczerb. Opatrunek rychło ukończono.
Na podziękowanie chciał młodzian dobrodziejce swej końce palców ucałować, ale umknięto mu ich zręcznie.
Dobruchna z pośpiechem zgarniała do koszyka naczynia, uprzątnęła stolik i wodę rozlaną wycierała. Ruchy jej były zakłopotane jakieś i niezręczne, jakby mieszało ją spojrzenie Szczerba, nieustannie za nią chodzące.
Opuszczając altanę, już w progu rzekła:
— A może waszmość żądasz, by kogo z rodziny o wypadku powiadomić?...
Szczerb uniósł się na posłaniu i gorzko zaśmiał.
— Bóg zapłać! Dość oni szczęśliwi, bym ich potrzebował nową obdarzać pociechą!...