— Pociechą? — powtórzyła ze zdziwieniem Dobra.
— Toć miesiąca nie ma, jak rodzic mój gody ślubne pani duszce sprawił. Słodyczy im nie braknie...
— A! Dostałeś waść macochę?...
— Wężam jadowitego dostał!
Nasrożył się przy tych słowach, wąsa w dół pociągnął i zębami go przygryzł.
— Gdyby jejmości rzeknięto — dodał po chwili — „pasierb twój ranę otrzymał”, spytałaby niechybnie: „a czy aby nóż był zatruty?...”.
— A! — westchnęła Dobruchna i oczy dotąd spuszczone na młodzieńca podniosła.
On już jednak tego, co spojrzenie ich wyrażało, wyczytać nie mógł. Altanę cienie zaległy głębokie; duszę zaś Szczerba osiadła głębsza od nich zaduma.
Gdy się z niej ocknął, już nikogo przy nim nie było.
Nazajutrz powtórzyło się wszystko tąż samą koleją. Po przebudzeniu znalazł młodzian pod ręką sute śniadanie i dzban niepróżny. Podjadłszy i podpiwszy, uczuł się już o tyle silnym, że wstał i odzież na sobie jako tako uładziwszy na ogród wyjść się zabierał. W tejże chwili jednak zawołano nań przez powoje: