Basia przez cały ten czas nie pokazała się w ogrodzie ni razu.
Nareszcie trzeciego dnia, a czwartego wieczoru (który bezksiężycowy był i ciemny), strażniczka oświadczyła więźniowi swemu, że mu wolność powraca. Podziękował, bez nadmiaru jednak radości. Ona również cieszyć się tym zbytecznie nie zdawała.
Otworzono z klucza i ryglów furtę zamczystą. Dobruchna wyjrzała w zaułek. Nic podejrzanego nie dostrzegłszy, rzekła:
— Można...
Wówczas Szczerb, zwyczajem ówczesnym, czapkę zdjął, dłoń nią okrył i okrytą dziewczynie podał. Ona ruchem wstydliwym i ostrożnym położyła na niej swą rączkę. Młodzieniec rączkę tę do ust podniósł i ucałował, a potem i do piersi przycisnął.
— Do zobaczenia! — rzekł.
— Rychłego... — szepnęła ona.
Furta zamknęła się.
Szczerb unosił z sobą różę żółtą, podobną do tej, którą dziewczyna we włosach miała.
Może to nawet była ta sama róża...