Jur ręce zaplótł w gniewie bezsilnym.
— Wszelako nie powinni! — powtórzył Kleofas, jakby dla dodania młodzianowi animuszu. — Na ostre szli. Krew była po stronie waszej — sińce jeno u tamtych... Waszmościa niezawodnie mocno poturbowano?
Jur ręką pogardliwie machnął.
— Rany wszystko płytkie. Tłuszcz cyruliczy goi je ledwie nie na poczekaniu!
— To źle. Gotówem144 jaskrów przynieść, byś sobie waść jątrzył miejsca skaleczone...
— Ale i u tamtych chyba nie same sińce. Pomnę, żem grajkowi dobrze raz dojechał. Gdyby nie aksamit na łbie śliski, byłby mortuus145.
— Tsss! — syknął stary ostrzegająco. — Prudentia et vigilantia146. Czuj, bracie, i język na uździe trzymaj. A teraz Bogu cię zlecam — mnie gdzie indziej czekają.
Stary podniósł się z zydla, papiery pozbierał, w kieszenie je powtykał i krokiem niepewnym ku drzwiom postąpił.
Jur zbliżył się i monetę srebrną w rękę mu wsunął.
— Bez rady mnie rzucacie, mości Kleofasie? — zapytał z wymówką.