— Pofatyguj się, chłoptysiu, do pani Pórzyckiej, powiedz, że pan „nadzorca” kłania się pięknie i o „księgę” prosi.

Najstarszy z uczniów, Łaguna, występuje na środek.

— O cóż pan psor posądza?

— Paliliście... A to nie można... nie można...

— I cóż to paliliśmy podług pana profesora?

— Ooo!... to już bagatela. Może gelb wirginien... może „drajkenig”... może „turecki mocny”...

Łaguna przybiera minę obrażonej niewinności.

— Pan profesor jest w błędzie. Myśmy palili — trociczki222.

Wchodzi pani Pórzycka — uśmiechnięta, dygająca.

— A, pan prefesor... Jakie szczęście!