Inspektor oświadczył, że zrobi urzędowe podanie, aby Kucharzewskiemu przyznano medal za ratowanie tonących.

— A mnie co po tym! — wykrzyknął przestraszony i wyrywając się prawie siłą zwierzchnikowi, chciał uciec do ławki.

Powstrzymał go ksiądz prefekt.

— Ależ, rybko, panie święty! Dla twojej matki będzie to honor, pociecha...

Wspomnienie matki rozrzewniło siłacza.

— Ha, to już niech będzie ten tam medal!... Ale żeby to nie kosztowało... — dodał, oczy spuszczając. — Bo moja matka biedna.

W kilka dni później obie ofiary wypadku były już na nogach: Kozioł taki sam jak zawsze, Piotruś nieco szczuplejszy i bledszy.

Matka Piotrusia, którą sprowadzono ze wsi, chciała w najgorętszych słowach podziękować wybawcy swego syna. Okazało się to połączone z niemałymi trudnościami. Kucharzewski przed podziękowaniem uciekł i tak się ukrył, że żadną miarą nie można go było odnaleźć. Kozłowski na wszystkie wyrażenia wdzięczności odpowiadał spokojnie, czapkę w rękach obracając:

— Eeee!... Co tam, proszę pani. Nie ma o czym mówić!...

Potem, wziąwszy kolegę na bok, oświadczył mu energicznie: