Zniecierpliwiony, zaczyna pędzić, krzycząc na cały głos:
— Rod-Island!... Konnektikut!... Nowy-Jork!... Nowy-Dżersej!... Pensylwania!... Delawar!... Maryland!... Wirdżinia!... Kentuki!... Teneze!... Karolina Północna!... Karolina Południowa!...
Ścisnął skronie obiema rękami.
— O, Jezu!... — jęczy — Głowa mi pęka... Ja tego nigdy nie zapamiętam... nigdy się nie nauczę!
Mimo to, znów wraca do książki — znów usiłuje wbić sobie w głowę nazwy, które wydają mu się niesłychane, barbarzyńskie, potworne...
Nagle w powietrzu rozlega się brzęk — cichutki, ledwie dosłyszalny brzęk, który jednak doświadczone ucho chłopca od razu złowiło i rozpoznało.
Odkłada książkę — ucho nadstawia. Na jego twarzy maluje się radosne zdziwienie.
Brzęk zbliżył się, uwyraźnił — jest teraz podobny do stłumionego huczenia.
Przez otwarte okno wpadł chrabąszcz, ciężkim lotem przefrunął tuż przy uchu chłopca — hucząc głucho, krąży dokoła jego głowy.
Sprężycki nie chwyta go. Z czułością, prawie z rozrzewnieniem, wpatruje się w latającego — ręce doń wyciąga, jak do przyjaciela, jak do wybawcy...