Już się teraz jeografii nie lęka; już mu Żebrowski nie straszny.

Książkę odepchnął z lekceważeniem, zagwizdał — szuka czapki, żeby wybiec na podwórze, na rynek, wpaść do którejś stancji, umówić się z kolegami o dzień jutrzejszy.

Umowa zawarta, warunki obgadane — Sprężycki wraca do domu i kładzie się spać, mało się troszcząc o profesora Żebrowskiego i o Stany Zjednoczone Ameryki Północnej.

Nazajutrz niebieskie mundurki kupią się gromadkami przed gmachem szkolnym, na korytarzach. U każdego w tece, oprócz książek, kajetów i obwarzanków, kryje się rzecz tajemnicza, o którą wzajemnie się dopytują.

— Przyniosłeś?

— Przyniosłem.

— Ile?

— Sześć?

— Mało... Ja dwanaście.

— Ja piętnaście!