Ociąga się umyślnie z wyjściem, udaje słabego, kuleje, potyka się o nogi kolegów — jednocześnie to tu, to tam rzuca niespokojne, pytające spojrzenia.
Stanął wreszcie przed katedrą, z nogi na nogę przestępuje — milczy długo, pilnie nasłuchując.
— No, gadajże! — nalega nauczyciel.
Sprężycki zaczyna cedzić słówko po słówku, ale tak wolno i z takim trudem, jakby nagle stracił władzę w języku.
W tejże chwili, w oddalonym kącie klasy, gdzieś tam blisko pieca, odzywa się cichy brzęk. Jeszcze go nauczyciel nie zauważył — już Sprężycki przestał odpowiadać i ze źle tajoną radością mówi:
— O... chrabąszcz!
Żebrowski zmarszczył się.
— Mów dalej! — rozkazuje.
Ale już bliżej i dalej piskliwe głosy wykrzykują:
— Chrabąszcz!... Chrabąszcz!...