— Ciszej tam! — tupnął nogą Żebrowski. — Prymus, wyrzuć tego owada, a ty, Sprężycki, dalej odpowiadaj.
Prymus idzie do pieca, na palce się wspina — ale chrabąszcz lata pod sufitem.
W ławkach słychać półgłośne uwagi.
— Złapie... Nie złapie... Właśnie, że złapie... Właśnie, że nie złapie...
Sprężycki przy katedrze milczy — udaje, że czeka na koniec tej wyprawy.
Nagle odzywa się brzęk w przeciwnej stronie klasy. Odwracają się tam natychmiast wszystkie głowy — też same co poprzednio głosy krzyczą alarmująco:
— Ooo!... Drugi chrabąszcz!
Znów brzęk, znów krzyki:
— Ooo!... Trzeci!... Czwarty!... Piąty...
Niebawem całe stado chrabąszczów buja po klasie. Huk taki jakby grano na organach.