Prymus raportuje.
— A to, proszę pana inspektora, „ktoś” nawpuszczał do klasy chrabąszczów.
— Kto śmiał to zrobić? Kto? — piorunuje srogi zwierzchnik.
— To pewnie ci z pierwszej... — objaśnia z miną potulną Sprężycki.
— Nie, nie! — poprawia go drugi — to tamci z czwartej. Oni tak zawsze!
Znalazł się trzeci, który stawia nową hipotezę:
— To najpewniej te chłopaki z ulicy! Nikt, tylko chłopaki.
— Winni będą wykryci i ukarani! — grozi Jowisz szkolny i krokiem majestatycznym klasę opuszcza.
Po jego wyjściu, wszczyna się harmider nieopisany. Nie ustaje on nawet po dzwonku, gdy do klasy, wojskowym, rytmicznym krokiem, głośno stukając okutą trzciną, wkracza profesor Effenberger.
— Ach, tak, panie, tak! — krzyczy na całe gardło. — Co wirabiacie, wariaty, baranie głowy, szpicbuby? Cicho mi tam!