Chłopcy uciszają się na chwilę — ale po to tylko, aby tym swobodniej przygotować i wypuścić na wroga nowe hufce. Wrogiem jest nauczyciel; wojsko wyobrażają trzymane w pudełkach chrabąszcze.

Effenberger siada na katedrze i w tejże chwili zrywa się z fotela. Po kałamarzu łazi chrabąszcz. Cała katedra jest podminowana chrabąszczami.

— Prymus, wirzuć za drzwi ten robak! — woła nauczyciel.

Sprężycki z miną niewinną zauważa:

— To nie robak, panie prosorze, to — chrabąszcz!

Krabonsz jest robak! — upiera się tamten.

Prymus otwiera drzwi na korytarz, udaje, że wyrzuca chrabąszcza i powraca z nim do klasy.

Sprężycki nie ustępuje.

— To dopiero! — dziwi się. — Pan prosor mówi, że to robak, a pan psor Salamonowicz uczył nas, że robaki i owady to zupełnie co innego. Więc my teraz nie wiemy, kogo słuchać.

— Sprężycki, marsz do lekcji! — przerywa mu czerwony od gniewu Niemiec. — Gadaj wiersz!