Sprężycki stanął pod drzewem przydrożnym; oczy wytężył w stronę miasta. Z bijącym sercem, z głową pełną myśli — czeka.

Mijają sekundy, minuty, kwadranse; deszcz mży coraz gęściejszy; lasów za mgłą nie widać; szosa, jak okiem sięgnąć, puściuteńka...

Chłopczynę, skulonego pod drzewem i jakby zgubionego wśród wielkich, płaskich, bezludnych przestrzeni, ogarnia z wolna smutek. Zaczyna też mu i chłód dokuczać. Wybiegł ze szkoły w samym mundurku, a tu wiatr pociąga zimny, deszcz zacina, jakby lodowymi igiełkami...

Aby dodać sobie energii, podniecić się zapałem, powtarza półgłosem wiersze — wiersze Syrokomli.

Gdzie wy, jasne dni moje, moje szkolne czasy,

Kiedy serce dziecinne z wiarą i otuchą

Do grona towarzyszów i do murów klasy

Przylgło274, przyrosło na głucho?

Gdzie wy, drobne a wzniosłe mojej pychy cele,

By zrównać i prześcignąć najpierwszych w nauce?