Bodaj to szkolna wiara i nadzieja szkolna,

Kiedy wierzyłem w przyszłość płomienistą duszą,

Że choć nauka trudna, choć praca mozolna,

Lecz cele nasze wielkie i spełnić się muszą!...

Wyczerpał cały zasób zapamiętanych wierszy. Teraz myśli o ich autorze.

— Poeta... Ileż mieści się w tym słowie! Tysiące, dziesiątki, setki tysięcy zwykłych ludzi, takich jak ja, moi koledzy i moi nauczyciele — z wyjątkiem może Chabrowskiego — zdobywają się na wydanie jednego poety! Toteż on do zwykłych ludzi nie może być podobnym.

Wyraziwszy to głębokie przekonanie, Sprężycki zamyśla się i usiłuje wyobrazić sobie: jak też wygląda ta nadzwyczajna istota?

Z portretów zna jedynie: Mickiewicza z rozwichrzonym lasem włosów na głowie; Goethego275, który mu się wydaje zawsze z brązu odlany, z marmuru wykuty; Szekspira276, o którym myśli, że był sam i Hamletem, i królem Lirem i Ryszardem Trzecim277.

Odzywa się wreszcie głos trąbki — głos jękliwy, żałosny do ogólnej melancholii jesiennego przedwieczerza dostrojony.

Z mgły wynurza się bryczka pocztowa — zwyczajna, zielono malowana ekstrapoczta278, pędząca szybkim kłusem po twardo ubitej szosie.