— Zmizerniałeś, Witek! — mówi kręcąc głową.
— A tak, jestem teraz jasno-kościsty. Mogliby mnie wymalować zamiast „kostusi289” na chorągwi żałobnej. Ale to głupstwo! Odstąp, proszę cię!
Ruchem ręki pokazuje koledze, żeby mu okna nie zasłaniał.
Zatonął wzrokiem w błękitach nieba — pierś jego szybko oddycha, wchłaniając przesycone zapachem bzu powietrze. Przez długi czas leży w milczeniu, potem mówi szeptem:
— Tak bym chciał mieć skrzydła!...
Nacieszył się wreszcie słońcem i powietrzem. Mruga na kolegę, a gdy Dembowski pochylił się nad nim, szczypie go w jedno ucho, potem w drugie i uśmiecha się do niego wesoło.
— No, Bronek — mówi rześko — teraz do czytania.
Dembowski otworzył starą, zatłuszczoną książkę — zaczyna:
„Szumiał wiatr gwałtownie nad grzbietami wyniosłych Apeninów290, kołysał stuletnich dębów wybujałymi wierzchami i miotał słabym płomieniem ognia, koło którego przy skale Rinaldo i Altaverde siedzieli. Noc była ciemna, czarne chmury zakrywały księżyc, żadna gwiazda nie iskrzyła się na posępnym niebie”...
— Śliczne!... — wzdycha zachwycony Sprężycki— Ale ja to już znam. Pamiętasz, czytaliśmy ten początek zaraz po świętach na lekcji Żebrowskiego...