— Iiii... Pewnie parcianka.
— Nie, włosianka. Na wierzchu skóra prawdziwa.
— Eeee!... Taka to nie bardzo odskakuje.
Kozłowski, silnie już zirytowany, wybucha:
— Patrzcie go! Knot jeden! Chciałby pewnie dętki albo lanki za swoje głupie orzechy! Możesz je schować dla siebie. Ty jeszcze, kochanku, nie znasz Kozłowskiego. Ja wcale twoich orzechów nie potrzebuję!
Malec stoi przez kilka chwil w milczeniu.
Twarz jego wyraża zupełne ogłupienie.
— Jak nie, to nie! — przemawia wreszcie z flegmatyczną rezygnacją.
I przełożywszy tekę z jednej pachy pod drugą, odchodzi z wolna w swoją drogę.
Kozłowskiego zajęły tymczasem całkowicie wróble, których całe stadko zbiegło się do rozsypanego na ulicy obroku. Płoszy je swą teką, potem biegnie za spłoszonymi i pędzi je przed sobą, dopóki nie przefrunęły przez mur do ogrodu klasztornego.