Dotąd o nim pamięta...

XV. Kuracja mleczna profesora Jastrebowa337

Sprężycki siedział na parkanie, mając przed sobą wielką, rozłożoną księgę. Deklamował głośno jakieś wiersze i co chwila do księgi zaglądał. Twarz jego, zwykle rumiana i wesoła, pobladła i miała wyraz nadzwyczajnego znużenia. Choć było chłodno, czoło chłopca pokrywały drobne krople potu.

Deklamował dziwnym, sztucznym, nieswoim głosem, starając się uczynić go podobnym do głosu dojrzałego mężczyzny. Wynik tego wysiłku był taki, że ten głos, zwykle świeży i dźwięczny, brzmiał teraz jak pianie zachrypłego koguta.

Nieustannie, jak pozytywka, powtarzał chłopczyna dwa wiersze, usiłując bezskutecznie wbić je sobie w pamięć:

Chaosa bytnost’ dowremiennu

Iz biezdn Ty wiecznosti wozzwał338...

Chaosu bytnost’... chaosu bytność’... chaosu bytnost’... — jęczał w kółko z przestankami, które wypełniały ciężkie westchnienia.

Do ogródka wszedł kolega Bronek — on go wcale nie dojrzał.

Dowremienno... dowremienno... dowremienno... — powtarzał z wysiłkiem, spotniały, na pół nieprzytomny.