Dopiero gdy przyjaciel cisnął weń garstką żwiru ze ścieżki podjętego, obecność jego zauważył.
Ale zamiast wesołego, koleżeńskiego pozdrowienia przywitał go dalszym ciągiem morderczej strofy:
A wiecznost’, preżdie wiek rożdiennu,
W Siebie Samom Ty asnawał!
— Kujesz „Boha”? — zapytał Bronek głosem współczującym.
Odpowiedzią był jęk — po którym małoletni męczennik z parkanu zeskoczył.
Koledzy usiedli obok siebie na kanapie darniowej. Sprężycki rozłożonej księgi z rąk nie wypuszczał. Z deklamacją zwrócił się teraz wprost do towarzysza:
— Chaosa bytnost’ dowremiennu iz biezdn Ty wiecznosti wozzwał... Czy ty to rozumiesz, Bronek?
— Ja???... — zadziwił się koleżka, brwi wysoko podnosząc i oczy wytrzeszczając. Twarz jego przybrała przy tym taki wyraz, jaki miałoby oblicze żebraka, którego by niespodzianie zagadnięto: — Czy masz przy sobie sto tysięcy dukatów?
Po chwili, skupiwszy myśli, zapewnił z wielką powagą: